ratujTybet.org » Aktualności » Chiny okopują się w Tybecie

Chiny okopują się w Tybecie

Eliot Sperling o „Dniu Wyzwolenia Niewolników”

25 kwietnia 2009

Myślę, że nie mógłbym lepiej podsumować dyskusji o „Dniu Wyzwolenia Niewolnikow” niż poprzez przedstawienie dogłębnych, świeżych i rzeczowych obserwacji Eliota Sperlinga. Profesor Sperling studiował pod opieką starszego już wtedy Taktsera Rimpoche i jest obecnie dyrektorem programu Studiów Tybetańskich na wydziale Studiów Centralnej Eurazji Uniwersytetu Stanowego w Indianie, a także autorem książki „Konflikt tybetańsko-chiński: Historia i Polemiki”. Jamyang Norbu

Artyści wykonują taniec podczas uroczystej gali upamiętniającej 50 rocznicę wyzwolenia tybetańskich chłopów. Pekin, stolica Chin, 28 marca 2009 r. (Xinhua/Fan Rumun).

CHINY OKOPUJĄ SIĘ W TYBECIE
Eliot Sperling
Far Eastern Economic Review; kwiecień 2009

W styczniu, poprzez posunięcie ledwie dostrzeżone poza kręgami monitorującymi sytuację w Tybecie, Chiny zademonstrowały swoją pewność, że wymanewrowały Dalajlamę i jego rząd na uchodźctwie odnośnie kwestii Tybetu. Pekin ogłosił wtedy plany ustanowienia oficjalnego święta mającego upamiętnić wyzwolenie tybetańskich chłopów oraz zdławienie tybetańskiego powstania w Lhasie w 1959 r. Tym samym zaprzeczył swojej wcześniejszej obietnicy, że wydarzenia z tego roku pójdą w zapomnienie.

Co równie istotne, posunięcie to stanowi przyczynek do walki o tybetańską pamięć historyczną. Tybetańczycy uważają dzień 10 Marca, w którym w 1959 roku wybuchło tybetańskie powstanie w Lhasie, za święto narodowe. Powstanie to rozpoczęło się we Wschodnim Tybecie i rozprzestrzeniło się w kierunku zachodnim, kiedy Chiny wystąpiły przeciwko kiepsko uzbrojonym i wielokrotnie mniej licznym siłom tybetańskim. Kiedy wybuchła, a następnie została stłumiona, rewolta w Lhasie, Dalajlama razem z około 100.000 Tybetańczyków musiał szukać schronienia w Indiach. Tradycyjny tybetański rząd został obalony i Chiny rozpoczęły kampanię tłumienia ostatnich oznak rebelii i przejęły pełną kontrolę nad krajem.

Tego roku chińskie władze zmuszone były podjąć drastyczne kroki w celu powstrzymania jakiegokolwiek upamiętniania nieudanego powstania. Równocześnie Pekin ustanowił nowe święto czczące zdławienie tamtej rewolty: 28 Marca, dzień w którym w 1959 r. nakazano rozwiązać rząd Dalajlamy w Tybecie, od tej pory będzie „Dniem Wyzwolenia Niewolników”. W całym tym działaniu nie ma nic subtelnego. Chiny są zdeterminowane, aby zdominować tybetańskie postrzeganie historii, nawet jeśli będzie to wymagało zastosowania siły.

Na jednym poziomie jednakże, nowe święto symbolizuje powrót roku 1959 i tybetańskie powstanie. Kiedy wznowiono kontakty między chińskim rządem i Dalajlamą w późnych latach 70-tych, cały czas pamięć o zdławieniu rebelii z 1959 r. oraz licznych zbitych i uwięzionych w związku z tym była świeża. Na chińskie zaproszenie w 1979 r., przybyła do Tybetu delegacja Dalajlamy. Filmy i zdjęcia zrobione podczas tej wizyty, ukazujące zniszczenia po 1959 r. zostały rozpowszechnione wśród całej tybetańskiej społeczności na uchodźstwie. Mimo to, przez Chiny rok 1959 zawsze był postrzegany jako kulminacja reakcyjnego buntu górnych warstw feudałów i panów chłopów pańszczyźnianych, którą udało się ostatecznie pokonać dzięki szerokiemu wsparciu zwykłych Tybetańczyków.

Było to więc znaczące, gdy w 1981 r. nie kto inny, lecz Sekretarz Generalny Partii Komunistycznej Hu Yaobang zapewnił brata Dalajlamy, Gyalo Thondupa, że „Nie powinno być więcej waśni o przeszłość, mianowicie o wydarzenia z 1959 r. Zapomnijmy o tym.” Konsekwentnie podczas rokowań z tybetańskim rządem na uchodźstwie Dalajlamy Chiny zapewniały, że tamte wydarzenia nie będą przedmiotem dyskusji.

Inaczej postrzegali to jednak Tybetańczycy na wygnaniu oraz w samym Tybecie. Rocznica powstania, 10 marca, zawsze była przepełniona atmosferą niebezpieczeństwa, ponieważ Tybetańczycy w Tybecie w oczywisty sposób nie zgadzali się z rządową interpretacją tamtych wydarzeń. W ostatnich dekadach każda rocznica 10 marca dawała niedwuznaczne oznaki, że dzień ten jest traktowany przez Tybetańczyków jako dzień dumy narodowej. W niektórych latach, jak to się stało np. w 2008 r., tego dnia pojawiały się wielkie demonstracje, podczas których wymachiwano własnoręcznie wykonanymi, nielegalnymi flagami niepodległego Tybetu.

Ustanowienie 28 marca 1959 r. „Dniem Wyzwolenia Niewolników” było otwartym wznowieniem kwestii roku 1959 przez stronę chińską. Decyzja, aby uczynić to właśnie teraz, niezależnie od faktu, że jest to oczywiste ostrzeżenie dla Tybetańczyków, aby nie odważyli się demonstrować 10 marca, jest przede wszystkim kolejnym sygnałem, że proces negocjacji chińsko-tybetańskich jest w istocie, jeśli nie również w formie, martwy. Jest ona więc ważniejsza do zrozumienia postępowania strony chińskiej, niż np. ich nieustanne oczernianie Dalajlamy.

Decyzja ta wiąże się także z innymi działaniami. Ostatnia runda rozmów chińsko-tybetańskich w październiku 2008 zakończyła się katastrofą. Podczas gdy tybetańscy delegaci robili wszystko, by być dyskretnym i nie pisnąć ani słówkiem odnośnie tego, co się wydarzyło, przed zaplanowanym na listopad w Dharamsali (siedzibie rządu na uchodźstwie) spotkaniem reprezentantów społeczności tybetańskiej, ich chińscy oponenci skutecznie i arogancko wypominali im porażkę. Ogłosili na konferencji prasowej, że rozmowy nic nie przyniosły i odrzucili wszystko, o co zabiegali Tybetańczycy, dodając przy tym, że Dalajlama powinien lepiej zdawać sobie sprawę z niewłaściwości swojego postępowania.

Dyskusja zatem znajduje się w punkcie, w którym była 30 lat wcześniej. Chiny uważają sprawę Tybetu za zamkniętą, za wyjątkiem kwestii osobistego statusu Dalajlamy, gdyby ten powrócił z wygnania. Mając na koncie udane Igrzyska Olimpijskie oraz odgrywając ważną rolę w walce z globalnym kryzysem finansowym Chiny są coraz bardziej śmiałe.

A ponieważ Dalajlama już dawno temu uległ żądaniom Chin, aby zaakceptował Tybet jako część Chin oraz wielokrotnie powtarzał to stanowisko publicznie i podczas prywatnych rozmów ze światowymi przywódcami (nawiasem mówiąc po chińskich naleganiach), fundamentalny zarzut o nieprawomocności chińskiej aneksji Tybetu został w dużej mierze usunięty. Bez tej karty Dalajlama nie może zaoferować społeczności na wygnaniu wiele więcej niż środki doraźne.

Proces dialogu, który promował Dalajlama okazał się już prawie na samym początku działaniem tylko jednostronnym. Dalajlama mówił ogólnie o lepszej przyszłości zapewniając ludzi, że sprawa Tybetu zwycięży. Wyrażał także opinie, że „cały naród chiński” popiera sprawę Tybetu, ignorując powszechną do niej antypatię (a także antypatię do Tybetańczyków), która rozpowszechniła się w Chinach po tybetańskich protestach ubiegłej wiosny. Wszystko to pracowało na korzyść Chin. Teraz Pekin jedynie gra na zwłokę i czeka aż 73 letni Dalajlama zejdzie ze sceny.

Jeśli już ustanowiono „Dzień Wyzwolenia Niewolników”, należy poczynić kilka obserwacji. Nie ulega wątpliwości, że tradycyjne społeczeństwo tybetańskie było zhierarchizowane i zacofane, składające się z arystokratycznych posiadłości i przywiązanych do nich chłopów. Nie ma również wątpliwości, że Tybetańczycy, zarówno w Tybecie, jak i na wygnaniu, nie chcą przywrócenia wcześniejszych stosunków społecznych. Wielu Tybetańczyków z pewnością potwierdzi, że tradycyjna struktura społeczna była bardzo nieegalitarna. Niemniej jednak nie było to karykaturalne, okrutne „piekło na ziemi”, jak to przedstawia chińska propaganda.

W teorii wszyscy Tybetańczycy byli przywiązani do ziemi, nawet arystokraci. Przerysowane opisy Tybetu sprzed 1959 r., które Chiny teraz ponownie wykorzystują były już rozpowszechniane w latach 1970 podczas wystawy i w książce „Zagłada Chłopów”. Obraz ten jest tak nieprawdopodobny, że aż śmieszny. W rzeczywistości zakres zależności był bardzo zróżnicowany. Podczas gdy zobowiązania niektórych chłopów na dole drabiny społecznej w rzeczywistości były uciążliwe, cały system działał w taki sposób, że poddani chłopi sami mogli posiadać ziemię i nawet mieć własnych robotników. W innych przypadkach poddani mogli pracować na własny rachunek, z dala od wielkich posiadłości, w zamian za roczną rekompensatę płaconą panu. Niezależnie od tego życie klasztorne obejmowało znaczącą część populacji i odbywało się poza normalnym systemem przywiązania do arystokratycznych posiadłości.

W tym hierarchicznie zorganizowanym społeczeństwie również Dalajlama posiadał poddanych, zarówno chłopów, jak i innych, o wyższej randze. Częstym motywem chińskiej propagandy jest wizja Dalajlamy planującego powrót do Tybetu w celu przywrócenia systemu pańszczyźnianego. Oczywiście propaganda zakłada, że sam Dalajlama byłby najwyższym panem pańszczyźnianym. Wizję tą można oczywiście włożyć między bajki. Tybetańczycy, zarówno w Tybecie, jak i na wygnaniu, nie mają ochoty przywracać systemu, który zniknął 50 lat temu i który sam Dalajlama określał jako zacofany. W XXI wieku po prostu nikt nie ma woli ani chęci, aby przywracać taki system. Dalajlama obył się bez niego przez ostatnie pięć dekad. Ponadto wielokrotnie powtarzał, że nie zamierza rządzić Tybetem po rozwiązaniu kwestii tybetańskiej.

Więc jeśli pomysł, że Dalajlama chce przywrócenia teokracji jest mydleniem oczu, należy zwrócić uwagę, że groźba przywrócenia jego rządów w Tybecie nie jest straszna dla Tybetańczyków. Wielu, jeśli nie większość, zaakceptowałoby, a nawet przywitało z otwartymi ramionami bezpośrednie rządy Dalajlamy – przynajmniej na początku. W każdym razie Chiny nie mają zamiaru nawet myśleć o możliwości jego powrotu do Tybetu. Więcej niż raz chiński rząd podkreślał, że w takim wypadku zostałby oddelegowany do pełnienia funkcji ceremonialnej i rezydowania w Pekinie. Jednak nawet taka ewentualność dawno już zniknęła z dyskusji, gdyż Chiny obecnie najwyraźniej oczekują, aż Dalajlama umrze, widząc w tym ostateczne rozwiązanie sprawy Tybetu.

W większości dyskusji brakuje zrozumienia, że uwarunkowania demograficzne w Tybecie – mała populacja na relatywnie dużym obszarze – ograniczały stopień eksploatacji ziemi. Sytuacja w Chinach na początku 20 wieku była całkowicie odmienna. Zbyt mała ilość ziemi dla ogromnej ilości ludzi wymuszała jej intensywną eksploatację przez właścicieli ziemskich. Nazywanie przez Chiny tybetańskiego społeczeństwa jako feudalnego pomija fakt, że ta zacofana społeczność, pomimo braku presji populacyjnej występującej w innych podobnych przypadkach, nie załamała się po prostu, tak jak powinna była i gładko weszła w XX wiek. Nieegalitarne? Tak. Czasami surowe? Tak. Ale „Piekło na Ziemi” dla większości Tybetańczyków? Nie. Tradycyjne społeczeństwo tybetańskie nie było pozbawione okrucieństwa (kary za przestępstwa polityczne bywały naprawdę brutalne), lecz ujmując rzecz proporcjonalnie, okrucieństwa te bladły w porównaniu do tego co działo się w tym samym okresie w samych Chinach. W czasach współczesnych masowe ucieczki z Tybetu zdarzyły się dopiero po jego aneksji przez Republikę Ludową.

W porównaniu do innych systemów opartych o tradycyjną strukturę społeczną i posiadanie ziemi, sytuacja Tybetu nie jest odosobnionym przypadkiem – a w szczególności nie był to piekielny system, jak to przedstawiają chińskie polemiki i propaganda. System zamindarów w Indiach przed odzyskaniem niepodległości (a w dużej części także w Pakistanie po jej odzyskaniu) jest przykładem podobnego tradycyjnego społeczeństwa, w którym ludzie są przywiązani do arystokratycznych posiadłości. W pewnym sensie Tybet był nawet bardziej humanitarny, ponieważ istniał w nim mechanizm pozwalający na ograniczoną mobilność. Ostatecznie o ile kwestia chłopów pańszczyźnianych jest brana pod uwagę, trudno jest powiedzieć dlaczego życie członków niegdyś wielbionych komun „renmin ganshe” miałoby być inaczej postrzegane niż tybetańskich chłopów. Jedyną różnicą jest to, że wielu chłopów pańszczyźnianych w Tybecie miało prawo posiadania własnych pól i prowadzenia własnej produkcji. Istotą jest to, że Chiny próbują stworzyć uproszczony, przerysowany obraz oprawców i ofiar.

Wymowny jest przy tym fakt, że Chiny próbują uzasadnić swoją tezę „Piekła na Ziemi” fotografiami i anegdotami z w dużej mierze tendencyjnych zasobów pozostałych po panowaniu Imperium Brytyjskiego w Tybecie. Ironiczne jest, że te same zasoby mogłyby posłużyć do przedstawienia tradycyjnych Chin jako barbarzyńskich. W rzeczy samej takie opinie były częste w literaturze epoki imperialnej. Dalszą ironią jest to, że dla współczesnych Tybetańczyków nie ma prawdopodobnie żadnego okresu w całej historii Tybetu, który znamionowałby się tak wielkim okrucieństwem i brutalnością, jak okres rozpoczęty przez „demokratyczne reformy” w latach 50-tych, kontynuowane następnie w mrocznych czasach Rewolucji Kulturalnej.

Kiedy przedstawiciele Dalajlamy przybyli w delegacji w 1979 r. do Tybetu, oficjele przyjmujący ich w Lhasie pouczali mieszkańców miasta, wierząc własnej propagandzie, aby nie okazywali gniewu przedstawicielom okrutnego, feudalnego reżimu. Najbardziej uderzająca jest jednak reakcja ludności uchwycona na filmie zrobionym wtedy przez delegację. Tysiące Tybetańczyków zgromadziło się wokół wysłanników w centrum Lhasy i wypominało zalewając się łzami jak okropne stało się ich życie w ciągu ostatnich 20 lat. Sceny te wprawiły chińskich przywódców w osłupienie i przynajmniej dla niektórych uzmysłowiły jak bardzo pogrążyło się społeczeństwo tybetańskie od czasu obalenia „feudalnego poddaństwa”. Z pewnością dochodziło do naruszeń i gwałtów przed 1959 r. Jednak niezależnie od tego jak złe to było, tradycyjna społeczność tybetańska nawet w przybliżeniu nie doprowadziła do takiej liczby ofiar, jak ta, która nastąpiła po chińskiej aneksji, zarówno licząc ofiary bezpośredniego oporu, śmierci wynikłe z więzienia, na skutek „demokratycznych reform” lub Rewolucji Kulturalnej.

Jest niezwykle mało prawdopodobne, aby po tych wszystkich dekadach Tybetańczycy kupili forsowaną przez rząd wersję ich historii. Tak grubymi nićmi szyta propaganda może raczej skutkować tym, że wielu Tybetańczyków będzie postrzegało przeszłość jako dużo lepszą, niż była w rzeczywistości. Nowa propaganda nie przekona również zagranicznych odbiorców, poza tymi, którzy już są, lub chcieliby być przekonani. Najprawdopodobniej wzmocni jedynie chińskie poczucie misji cywilizacyjnej w Tybecie. Kiedy europejskie mocarstwa podejmowały tego typu misje nierozerwalnie wiązały się one z myśleniem kolonialnym i arogancją. A to jest dokładnie ten rodzaj podejścia, który może jedynie rozjątrzyć już istniejące w Tybecie napięcia i, w uzasadniony sposób, doprowadzić Tybetańczyków do postrzegania chińskiej obecności w ich kraju jako rodzaju kolonializmu.

Tłum. ABM

źródło: Jamyang Norbu Blog
 NetSprint