ratujTybet.org » Aktualności » Świadectwo

Świadectwo

Relacja z podrózy do Tybetu w grudniu 2008 r.

23 marca 2009

Przedstawiamy wyjątkowe świadectwo Francuza, znającego dobrze Tybet. Opowiada on o tym jak wyglądał Tybet dziewięć miesięcy po powstaniu w Lhasie. Chińskie represje nie tylko się nie zmniejszyły, ale ślepa brutalność zdaje się być elementem codzienności. Wszechobecna wojskowa okupacja. Nieustanna policyjna inwigilacja. Arbitralne aresztowania. Opustoszałe klasztory. Dręczeni mnisi i mniszki. Koczownicy zmuszeni do osiedlenia się. Młodzi mieszkańcy miast znikający bez śladu. Brutalne tortury. Chęć rozwiązania problemu niepodległościowych ruchów w Tybecie metodami terroru i zastraszenia.

Carlo Blanco jest pseudonimem. Autor zdecydował się ukryć swoje nazwisko, żeby nie narazić na niebezpieczeństwo osób, które spotkał.


Carlo Blanco
Tybet, grudzień 2008 r.

Dach światyni Jokhang

Zamieszki, które wybuchły w marcu w Tybecie i Igrzyska Olimpijskie są już dawno za nami. Jednak po moim lądowaniu w Chengdu (stolica chińskiej prowincji Syczuan, która obejmuje również część Tybetu) chińscy przyjaciele, którzy pracują w przemyśle turystycznym opowiedzieli mi jak komuś zabroniono wjechać do Kandingu (dawna granica pomiędzy Chinami a Wyżyną Tybetańską), jak czyjś pokój hotelowy został przeszukany przez policję. Błagają mnie bym uważał, ponieważ oni sami muszą często opowiadać w biurze bezpieczeństwa publicznego o działaniach swoich klientów. „Uważaj zwłaszcza w swoim pokoju hotelowym, bo tam bardzo często ukrywane są podsłuchy"- mówią sprawdzając żarówki na suficie, to jest podobno ulubione miejsce ich umieszczania.

Represje w Kardze
W dzielnicy tybetańskiej w Chengdu, spotykam się z zaprzyjaźnioną Tybetanką z Kardze (tybetańska prefektura w prowincji Syczuan). Mieszkała ona kilka lat w Indiach i potem miała trudności w odnalezieniu się w społeczeństwie. Ponieważ nie ukończyła angielskiego programu na chińskim uniwersytecie, nie dostanie pracy jako nauczycielka w szkole. Dodatkowo, od tego roku biura podróży nie mają pozwolenia na zatrudnianie przewodników, którzy wyjeżdżali do Indii. Opowiada mi, co przeżyła razem z resztą tybetańskiej społeczności w marcu, po manifestacjach, które miały miejsce w Kardze: „odkąd dowiedzieliśmy się, co się działo w Lhasie i że w zamieszkach zginęło tam ponad 100 osób, ludzie wyszli na ulice. Policja zaczęła strzelać, byli zabici, aresztowano setki osób. Policja i wojsko zatrzymywały kogo popadnie w dzień, jak i w nocy. Wszędzie w mieście stacjonowały czołgi i żołnierze. Więźniowie byli bici w bestialski sposób, wielu musiało być hospitalizowanych, niektórzy stracili wzrok. Wielu ludzi przepadło bez wieści. Jakiś czas później grupa mniszek z Tongkoru udała się prosić policję o uwolnienie więźniów – zostały aresztowane, bito je i torturowano. Kilka z nich zostało uwolnionych, ale wiele wciąż pozostaje w wiezieniu. Wkrótce wzmocniono posterunki, wojsko stacjonowało dosłownie wszędzie, nawet w pobliżu klasztoru”.

Pewien mnich opowiedział mi o tym, jak bardzo sie bał. Udając się samochodem na północ, musiał przejechać przez miasto. Został zatrzymany przy wojskowej barykadzie. Po długiej chwili pełnej niepokoju udało się – żołnierze puścili go. Jadąc dalej minął prawdziwą armię uzbrojonych po zęby żołnierzy. Opowiadał także, jak policja wielokrotnie zjawiała się w klasztorze by przesłuchać mnichów. Każdy się bał. Największy strach padł na te klasztory, w których odbywały się sesje reedukacji, tamtejszych mnichów zmuszano do krytyki Dalajlamy. Wielu mnichów zostało wydalonych ze swoich klasztorów. Od tamtej pory zmuszeni są tułać się po okolicy. Ponieważ odebrano im dowody tożsamości, nie mogą zameldować się w hotelu, kupić biletu na pociąg, czy nawet doładować telefonu komórkowego.

Jestem zaskoczony widząc, że nawet moi starzy przyjaciele wahają się w rozmowie ze mną, nawet na osobności. Boją się, że podadzą mi zbyt dużo szczegółów. Ryzyko represji jest tak duże! Wszyscy potwierdzają, że liczba zaginięć jest alarmująca. Stało się to dramatem dla wielu rodzin.

Moi tybetańscy przyjaciele wracają z podróży; pracują w biurze podróży i pojechali reklamować Tybet w różnych w chińskich prowincjach. W drodze powrotnej ich bagaże zostały dokładnie przeszukane na lotnisku w Chengdu. Bagaże ich chińskich kolegów zostawiono spokoju (w paszporcie jest adnotacja, że jest się Tybetańczykiem). Z założenia każdy Tybetańczyk jest traktowany, jako osoba podejrzana.

Wyjeżdżam w kierunku Xiningu (stolica chińskiej prowincji Qinghai, zamieszkanej w większości przez Tybetańczyków), gdzie spotykam studentów tybetańskich. Ich studia są bardzo dużym wydatkiem dla ich rodzin – koczowników i rolników. Rodziny zadłużają się martwiąc się równocześnie, czy ich dzieci będą mogły znaleźć pracę po studiach. To oczywiste, że ich poziom chińskiego nie jest tak dobry jak Chińczyków Han, a konkurencja o stanowiska urzędnicze jest bardzo duża.

Wielki lama z Repkongu bestialsko pobity na ulicy
Następnie wyjeżdżam do Repkongu (tybetańska prefektura w prowincji Qinghai). Autostrada otwarta w zeszłym roku jest imponująca, ale jest już pełna dziur. Robię sobie wycieczkę po klasztorze, gdzie pielgrzymi są tak, jak zazwyczaj zajęci obracaniem ogromnych młynków modlitewnych, które otaczają sanktuarium, lub wykonywaniem pokłonów przed wielkimi posągami. Przyjaciele opowiadają mi, jak zaczęły się zamieszki w Repkongu (jeszcze przed tymi w Lhasie): „To był mroźny marcowy wieczór, właśnie odbywał się rytuał palenia jałowcowych kadzideł. Po ulicach spacerowało dużo ludzi. Doszło do awantury między podpitym Tybetańczykiem a muzułmańskim handlarzem, który sprzedał mu plastikową piłkę. Tybetańczyk przepalił ją papierosem! Zaczęli się bić. Inni Tybetańczycy dołączyli do bójki, zaczęli okładać pięściami stojących w pobliżu Muzułmanów. Na miejscu szybko pojawiła się policja i zatrzymała wszystkich. Następnego dnia na ulicach znowu pojawiły się duże grupy Tybetańczyków, tym razem z okazji odbywających się tańców religijnych. Pojawiły się liczne grupy policji i to nas zdenerwowało. W ich kierunku poleciało kilka kamieni, następnie bito nas pałkami, setki osób aresztowano. Ludzie byli masowo aresztowani i przetrzymywani w koszarach, gdzie ich przesłuchiwano, bito; później zaś większość szybko zwolniono, o niektórych jednak słuch zaginął. Po tych wydarzeniach wielu mnichów odmówiło wzięcia udziału w ceremonii tańców religijnych, w związku, z czym policja wielu aresztowała albo pobiła. Wszyscy byli zaszokowani widząc młodych mnichów bez żadnego powodu bitych w bestialski sposób. W końcu wielki lama z Repkongu, człowiek wiekowy i bardzo szanowany, w tym przez swoich licznych chińskich uczniów, wziął khatak (biały szal) i wyszedł na ulicę, by porozmawiać z policją. Miał nadzieję, że zaprowadzi pokój. Zamiast tego został bardzo ciężko pobity, a z powodu licznych złamań musiano go przetransportować karetką do szpitala Xiningu. Zawiadomieni w pośpiechu chińscy uczniowie – można by rzec ważne osobistości – udali się czuwać przy jego łóżku i dzięki nim, lama i kilku mnichów zostało potraktowanych bardziej łaskawie. Niewiarygodna ilość żołnierzy zalała miasto, otoczono wszystkie zaułki. Wojsko czuwało w dzień i w nocy. Nauczyciele ze szkoły, tak jak wszyscy funkcjonariusze, musieli szpiegować swoich sąsiadów. Byli zobowiązani odnotowywać wyjścia i powroty wszystkich. Tylko nauczyciele z małych miejscowości mogli kontynuować swoją pracę”.

Teraz wydaje się, że w mieście zapanował spokój, ale wystarczy zrobić rundkę dookoła klasztoru by zobaczyć, że mnisi boją się mówić, a nawet się uśmiechnąć. Wszędzie są kamery, mieszkania są rekwirowane by umieścić w nich policjantów w cywilu, którzy wyglądając przez okna obserwują całą okolicę. Konfidenci są wszędzie. Regularnie rozlegają się krzyki żołnierzy, przypominające szczekanie zdenerwowanych psów. Widząc, jaka jest sytuacja, oznajmiam, ze zostanę tylko kilka dni. Moi przyjaciele z ulgą mi dziękują.

Od tego roku nowe rozporządzenie zabrania szkołom i innym instytucjom przyjmowania pieniędzy od cudzoziemców. Większość organizacji pozarządowych czeka na zmianę sytuacji; niektóre, zwłaszcza w Lhasie, zostały po prostu wydalone z kraju.

Policji nie udaje się czytać maili po francusku i odcina telefon
Wracam do Xiningu, gdzie zatrzymuje się u moich przyjaciół. Wysyłam e-mail po francusku – bardzo neutralną wiadomość, mającą na celu poinformowanie bliskich, gdzie aktualnie jestem. Chwilę potem przyjaciele zauważają, ze linia telefoniczna, jak również połączenie internetowe zostały nagle odcięte. Zaskoczeni udają się do firmy telekomunikacyjnej. W końcu powiedziano im, że policji nie udało się odczytać maili po francusku, wiec po prostu odcięli linię. Później w Lhasie słyszałem tłumaczkę chińską mówiącą, o tym, że jest wzywana przez policje za każdym razem, gdy pojawiają się maile po francusku. Wielu przyjaciół często próbowało bezskutecznie dodzwonić się z zagranicy na mój telefon komórkowy.

Podczas wydarzeń marcowych, media dużo mówiły o tysiącach manifestantów w klasztorze Labrang w Amdo. Na miejscu, trudno stwierdzić, ilu więźniów zostało uwolnionych, dlatego nie udaje mi się dowiedzieć nic konkretnego. Wiem tylko, że nie można wejść do klasztoru bez okazania dowodu tożsamości. To samo jest w Kumbum – największym klasztorze w Qinghaiu. Mnisi pozostają pod bacznym nadzorem.

Pociąg do Lhasy
Wsiadam do pociągu do Lhasy. Dostałem bez problemu 10-dniowe pozwolenie na wjazd do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego, ale ilość miejsc, do których mogę pojechać jest ograniczona. Obejmuje jedynie te miasta, które znajdują się w drodze powrotnej – w stronę Nepalu.
Jadę sam w przedziale aż do Golmud. Tam, o trzeciej nad ranem, wsiada Chińczyk. Zauważyłem, że nosi na szyi malę i odkrywam też, że jego telefon wyświetla zdjęcia chińskich buddów. O świcie przekraczamy najwyższe, pokryte śniegiem przełęcze. W pociągu jest podwyższone ciśnienie, jak w samolocie, więc nikt nie cierpi z powodu choroby wysokościowej. Całe szczęście palenie jest zabronione, no może z wyjątkiem toalet! To dziwne uczucie siedzieć w cieple, w wagonie a przez okna widzieć śnieg i lód. Kobiety na zewnątrz robią pranie w lodowatym potoku. W wyobraźni szybuję nad lasami i górami, dziś pochodzące z nich drewno i cenne surowce wywozi się tonami do Chin, mimo iż zabraniają tego przepisy. Nawet chińscy naukowcy nazywają Tybet mianem „trzeciego bieguna” i udowadniają, że topnieje on cztery razy szybciej niż Arktyka czy Antarktyda. Tutejsza kolej żelazna przewozi masy osadników chińskich i żołnierzy, jak również ciężkiej artylerii rozmieszczanej wzdłuż granicy z Indiami i Nepalem. Przekraczamy Nakchu. Ogrom magazynów i hangarów wprawia mnie w osłupienie… Czy są już w trakcie budowy ubojni dla całych mas jaków, które, jak słyszałem, rząd chiński planuje wybić i tym samym zmusić nomadów do osiedlenia?

Obecnie nowa polityka poważnie zagraża starej tradycji koczowników. Muszą opuścić swoje ziemie, sprzedać po niskiej cenie swoje zwierzęta i są zmuszeni zamieszkać w dawnych więzieniach lub na parcelach niedostosowanych do ich sposobu życia i kultury. Nie mają żadnego doświadczenia w handlu ani w rolnictwie i czują się skrajnie przygnębieni i zrezygnowani, siedząc przed telewizorem, w którym pokazywane są programy o tym, czego i tak prawdopodobnie nie będą mogli doświadczyć, nawet, gdyby chcieli. Próba dyskusji lub przeciwstawienia się rządowi wiąże się z aresztowaniem, więzieniem, torturami i karą grzywny. Nakchu zmieniło się do tego stopnia, że nie rozpoznaję miejsc sprzed dwóch lat.

Chińczyk śpiący obok, podróżuje jedynie z małą torbą. Nie ma aparatu fotograficznego tylko telefon, który dość często dzwoni. Odkrywam, że jest on częścią grupy, składającej się w sumie z około dwunastu przyjaciół, rozsianych po różnych przedziałach. Dzwonią do siebie by razem zachwycać się widokami: „Ach, spójrz w prawo – góra Nyenchen Tangla! Jezioro Namtso! Wydaje się, że dobrze znają te święte miejsca (przez które przecież w miesiącach letnich przewijają sie tabuny chińskich turystów w autobusach). Kiedy mijamy w końcu „Rainbow bridge”- „Tęczowy most” ponad rzeką Kyichu, rozpościera się przed nami szlachetna i podniosła Potala. Grupa chińskich przyjaciół jest już razem, gotowa by wysiąść i zniknąć, pozostawiając mnie osłupiałego. Jaki jest cel ich wyprawy?

„Proszę nie rób żadnych zdjęć żołnierzom…”
Dworzec jest typową komunistyczną budowlą – jest masywny i ma kolor czerwony. Obecnie działa jedynie linia Chiny – Golmud – Lhasa, ale rozmiary dworca wskazują, że wkrótce dołączone zostaną kolejne. Nikt nie może wejść po pasażerów na teren dworca, a taksówki stoją dość daleko. Jestem już w towarzystwie przyjaciela. Jest zdezorientowany, nie wziął swoich dokumentów i jego samochód został zarekwirowany. Na szczęście policjant jest też Khampą (Tybetańczykiem, pochodzącym z Kham – wschodniej części historycznego Tybetu, włączonej częściowo do Tybetańskiego Regionu Autonomicznego i do graniczącej z nim prowincji Syczuan.). Człowiek ten zatelefonował do biura, gdzie pracuje mój przyjaciel, żeby potwierdzić jego tożsamość. Uff, udało się, puścił nas. Na szczęście Tybetańczycy pomagają sobie nawzajem.

Wojsko na ulicach Lhasy

Odkrywam nowe autostrady i obwodnice wiodące do Lhasy. Sam niewątpliwie bym się tu zgubił, chociaż znam Lhasę od 22 lat. Wtedy owce chodziły w stadach po mieście i było bardzo trudno znaleźć jakikolwiek samochód, by pojechać z przystanku autobusowego do hotelu. Bagaże były przewożone rikszą. Mój przyjaciel mówi do mnie poważnym tonem: „Bardzo Cię proszę, nie rób żadnych zdjęć żołnierzom ani policji, boję się”. Rozumiem, że nawet, jeśli sam by ich nie robił i tak posądziliby go o współudział.
Wkrótce znajdujemy się w moim pokoju hotelowym, a chwilę po tym dołącza do nas kolejny przyjaciel, który jest nauczycielem w szkole. Wyjmuje baterie ze swojego telefonu komórkowego i pokazuje mi bym zrobił to samo – samo wyłączenie nie wystarczy, ponieważ policja mogła założyć w nich podsłuchy by podsłuchiwać nasze rozmowy. W pośpiechu robię to, co on, a wtedy opowiada, jak wszystko jest czytane, podsłuchiwane. Są specjalne centra wywiadowcze posługujące się wszystkimi dialektami tybetańskiego i kilkoma językami obcymi.
Biedak. Jest zmuszony uczestniczyć kilka razy w tygodniu w sesjach reedukacji patriotycznej i odpowiadać na wszystkie zadawane tam pytania. Wszyscy dyrektorzy szkół muszą mu towarzyszyć i nauczyć się na pamięć pochwał na cześć rządu komunistycznego, krytykować rząd tybetański na uchodźstwie i system „feudalny”, zainicjowany przez Dalajlamę. Muszą także zapamiętać każdy szczegół z tego, jakie to korzyści przynieśli Chińczycy Tybetańczykom w sferze ekonomicznej i społecznej.
Wszystko jest bardzo męczące i monotonne, ale trzeba brać w tym udział. Społeczeństwo jest podzielone na jednostki pracy, które skupiają różne grupy zawodowe, jak również komitety dzielnicowe, które są zobowiązane do regularnych spotkań, podczas których otrzymują rządowe instrukcje. W ten sposób każdy jest dokładnie kontrolowany.

O świcie gra trąbka wojskowa i wkrótce rozbrzmiewają okrzyki wojskowych, ostre i nieharmonijne, którym wkrótce zaczyna towarzyszyć patetyczna pieśń partyjna. Chwilę potem, słychać tupot kroków żołnierzy. Idzie ich trzydziestu, wszyscy w hełmach; paradujący z karabinami wzniesionymi do góry. Niektórzy mają tarcze, inni pałki elektryczne, pasy z amunicją. Widać też ciężarówki wojskowe, wożące uzbrojonych żołnierzy dookoła całego miasta by zapobiec potencjalnym pokojowym demonstracjom. Ludzie zdążyli już przywyknąć do tego widoku.

Idę w kierunku tybetańskiego centrum miasta – Bharkoru, w którym Tybetańczycy skupiają się wokół Dzioło – słynnej figury Buddy Nieskończonego Współczucia, ofiarowanego w VIII w. przez chińską księżniczkę Wencheng jej małżonkowi, wielkiemu królowi Tybetu Songtsenowi Gampie. Przed głównymi drzwiami do świątyni Jokhang, setki ludzi w pokłonach kładą się na ziemi, wstają i ponownie się biją pokłon – przez cały dzień – i zdają się nie zauważać licznych żołnierzy, którzy przechodzą obok w pięcioosobowych grupach. Jestem tym przerażony. Moje serce krwawi na widok żołnierzy w uniformach, stojących na dachu ze strzelbami w dłoniach gotowymi do strzału. Wszędzie znajdują się kamery; pod dachami z reklamą Coca-Coli stoją grupy policjantów tybetańskich, ubranych na czarno. Oni także są uzbrojeni i mają telefony komórkowe pod ręką. Policja jest obecna na ulicach od lat, ale teraz ich liczba jest oszałamiająca. Co dwadzieścia metrów można spotkać niewielki namiot rozbity przez policjantów. Są wszędzie. W gruncie rzeczy wyglądają, jakby nie mieli nic do roboty. Spędzają czas głównie pijąc herbatę i wygrzewając plecy na słońcu. Przyjaciel opowiada mi: „Rząd by nas zdenerwować przysłał policjantów z Chamdo (miasto na wschodzie Tybetu). My, mieszkańcy Lhasy i oni z Chamdo nie lubimy się wzajemnie. Z pewnością nie poprawia to atmosfery!”
Rozmawiając z przyjaciółmi dowiedziałem się, że w marcu zeszłego roku, podczas manifestacji władze rozbroiły tybetańskich policjantów. Nie miały do nich zaufania. Teraz niektórzy noszą karabiny maszynowe wyglądające jak drogie zabawki. Noszą hełmy. Krążą w kierunku odwrotnym niż pielgrzymi, o których prawie się ocierają, nawet na nich nie patrząc. Dzielą tą samą przestrzeń, unikając przy tym wzajemnego kontaktu.

Pałac Potala

Specjaliści czytają wszystkie listy Dalajlamy
Pokój jest tym, o co Tybetańczycy nieustannie modlą się, dzień po dniu krążąc wokół świątyń. Lubię ich obserwować, gdy kłaniają się z szacunkiem przed pałacem Potala, „białym domem” Dalajlamy (miejsce, w którym Dalajlama mieszkał, będąc jeszcze w Tybecie). Bilet wstępu do pałacu jest relatywnie drogi, 100 juanów (około 10 Euro). Ostatnimi czasy mało pielgrzymów wchodzi do środka, a od marca jeszcze mniej turystów. W lecie 2007 roku, dziennie Potalę odwiedzało 7.000 osób. Rezerwację trzeba było robić z dziesięciodniowym wyprzedzeniem.

Po dłuższym zwiedzaniu wchodzę do apartamentu Jego Świątobliwości Dalajlamy. Połowa sali jest zasłonięta – wyjaśniono mi, że rząd wysłał specjalistów, którzy czytają jeden po drugim wszystkie listy Dalajlamy. 50 lat po jego ucieczce nadal przeszukują to miejsce… Wkrótce dwaj chińscy strażnicy zaczynają mnie śledzić. Wielu mnichów z Potali, ubranych w szare stroje, rozpoznaje mnie i uśmiecha się do mnie. Dwaj śledzący mnie żołnierze w końcu uznają to za zabawne i również zaczynają się uśmiechać… Życie tych mnichów jest bardzo trudne – są nieustannie śledzeni przez kamery video i mikrofony.
Dziwię się, że nie można już wejść po schodach wiodących do najświętszego miejsca – kaplicy Buddy Toukdjé Chenpo (wielkiego współczucia), ponieważ, jak mówi mi mnich, obawiają się tu złodziei. Zazwyczaj są to Chińczycy – cywile lub wojskowi, którzy nie mają szacunku dla tych świętych miejsc.

Lhasa jest opustoszała tej zimy. Biura turystyczne zrobiły minionego lata ledwo 12 % swych obrotów z roku 2007. Pielgrzymi tybetańscy, przybywający do miasta zazwyczaj zimą z Amdo i Kham, nie przyjechali ponieważ nie mają dokumentów niezbędnych do przejścia licznych kontroli policyjnych. W konsekwencji większość hoteli została zamknięta. Te, które jeszcze funkcjonują, są zmuszane do instalacji małych kamer dla policji – CCTV, które mają rejestrować wszystko, co dzieje się na korytarzach i w restauracji. Niektórzy hotelarze tybetańscy jeszcze się opierają, ale im dłużej potrwa ich opór, tym większe ryzyko, że ich hotele zostaną zamknięte. By ich nastraszyć wieczorami spora grupa wojskowych przychodzi i okupuje hotel, co niepokoi klientów.

Spotykam młodego przyjaciela, który próbował wielokrotnie wyjechać do Indii, ale za każdym razem by zatrzymywany, więc w końcu zrezygnował i w zeszłym roku otworzył małą restaurację w Lhasie. Jakiś czas po marcowych zamieszkach w Lhasie, on i większa grupa Tybetańczyków zostali aresztowani tylko dlatego, że nie byli z Lhasy. Przetrzymywano ich w więzieniu w Tolong i codziennie bito, nawet jeszcze przed przesłuchaniami. Do jedzenia dostawali chleb; przez wiele dni nie dostawali nic do picia, więc byli zmuszeni pić własny mocz. Został wypuszczony po 15 dniach. Widział jak dwie osoby z jego grupy umierały i słyszał o tym, że więcej osób zginęło, ale nie wie dokładnie ile. Tak naprawdę nikt nie zna dokładnej liczby zmarłych, ale wtedy w Lhasie było ich przynajmniej dwieście. Podobno niedaleko Lhasy jest pole, gdzie pogrzebano ich zwłoki.

Po dziewięciu miesiącach od zamieszek w Lhasie, tajna służby i policja są wszechobecne. Uzbrojeni chińscy żołnierze w hełmach na ulicach wiodących do głównej świątyni w Lhasie. Straszne widoki zastrzelonych z bliska ludzi, umierających na ulicy to już przeszłość, ale ci, którzy widzieli ten dramat pamiętają go bardzo dokładnie – ludzie nie wychodzili na ulice przez trzy dni, każdy się ukrywał, mając nadzieję, że policja nie przyjdzie bez żadnego powodu zabrać go w nocy. Spaliśmy prawie kompletnie ubrani, ponieważ mogli nas wywlec z domu o każdej porze, nie dając nawet czasu na założenie spodni.

To nie żadna paranoja. Ich strach jest jak najbardziej uzasadniony – porwania młodych mężczyzn prosto z ulicy są nadal na porządku dziennym. Rodzice bardzo się boją i odbierają ze szkoły duże już nawet dzieci. Dają im kanapki by nie wychodziły na zewnątrz w porze obiadu. Każde wyjście może skutkować aresztowaniem. W zeszłym tygodniu przyjaciel, który pracuje jako przewodnik turystyczny poszedł odwiedzić mieszkającą w Lhasie kuzynkę. Następnego dnia kobieta została zatrzymana i do dziś nikt nie wie, gdzie jest. Ani jedno ani drugie z nich nie prowadziło żadnej działalności politycznej. W tym roku wyjątkowo nasiliło się zjawisko wykreślania z listy przewodników turystycznych tych, którzy wyjechali do Indii i powrócili poznawszy dobrze język angielski. Nie mają teraz żadnej możliwości zatrudnienia ani w turystyce, ani w szkolnictwie. To bardzo niesprawiedliwe zwłaszcza, że kilka lat wcześniej władze zachęcały uchodźców do powrotu do Tybetu, obiecując im różne przywileje – na przykład bony żywnościowe. Sytuacja jest straszna i wielu rodziców wysyła swoje dzieci w często niebezpieczną podróż do Indii poprzez ośnieżone góry, by mogli się uczyć o własnym kraju, na przykład w Tybetańskiej Wiosce Dziecięcej w Dharamsali. Mają nadzieję na odtworzenie pokolenia Tybetańczyków, które wróci do kraju i będzie w stanie pielęgnować prawdziwą tybetańską kulturę. Według raportów 78 % Tybetańczyków pozostaje analfabetami, podczas, gdy na emigracji odsetek ludzi wykształconych wynosi 94%.

W tym roku sprzedaż yartsa gungbou – grzybów stosowanych w medycynie chińskiej – została zabroniona. Na ulicach Lhasy kilku sprzedawców oferuje je w ukryciu, ale w większości przypadków rodzinom brakuje pieniędzy na utrzymanie, które zarabiali zbierając yartsa.
Koczownicy, którzy stanowią 70 % populacji Tybetu, są teraz bardziej kontrolowani i zmuszani do zamieszkania w ponurych, przydzielonych odgórnie zabudowaniach. Często są to stare więzienia lub inne opuszczone budynki, które nie odpowiadają ich potrzebom i są sprzeczne z kulturą koczowniczego życia. Hodowane przez nich jaki wkrótce zostaną wybite. Koszt życia strasznie wzrósł tego roku i sytuacja wielu Tybetańczyków jest bardzo trudna. Walczą o to by przetrwać: rządowe obietnice pomocy rolnikom, którzy musieli zrezygnować z uprawy jęczmienia i posadzić drzewa czy koczownikom, zmuszonym kupić na kredyt nowy dom, to tylko puste słowa. Odszkodowanie jest nieadekwatne. System rolnictwa, przechodzący z pokolenia na pokolenie został zniszczony i stoi w obliczu katastrofy ekonomicznej i ekologicznej. Widzą to już niektórzy chińscy oficjele. Naprawdę wszyscy Tybetańczycy cierpią. Jeśli mają pracę, na przykład w banku, w radiu czy w szkolnictwie, nie mogą jej zmienić i złożyć wymówienia. Tybetańczycy muszą zapisać się do partii komunistycznej i wychwalać ją. Jeśli się opierają, są nękani przez towarzyszy aż w końcu się poddadzą. Jako urzędnicy publiczni, nie mogą dostać paszportu, żeby pojechać do Indii i w tajemnicy spotkać Dalajlamę, o czym wielu marzy.

Klasztor Sera

Idę do klasztoru w Sera, znanego z bardzo żywiołowych debat filozoficznych prowadzonych przez mnichów. Dzisiaj nic tam się nie dzieje, w opustoszałym klasztorze jest paru pielgrzymów i trzech białych turystów oprowadzanych przez przewodnika. Na środku, kilkudziesięciu policjantów ubranych na czarno. W końcu znajdujemy też mnichów.

W kapliczce Tamdrina, trzej starzy, pomarszczeni mnisi stają u stóp pomnika bóstwa okrytego jedwabnymi szalami. Atmosfera w tej sali jest dziwna i przerażająca za sprawą grymasu przerażenia na twarzach mnichów. Na pierwszym piętrze odbywa się ceremonia, podczas której grupka mnichów, w większości bardzo starych wystukuje rytm na bębenkach. Tak naprawdę mnisi są trzymani tam dla pielgrzymów i turystów. Ich rola jest ograniczona do otwierania i zamykania drzwi, napełniania wodą i opróżniania miseczek ofiarnych. Mają zabronione opowiadanie komukolwiek o prawdziwej sytuacji: na 1.200 mnichów, jest tu około stu, pozostali są w więzieniu, być może w Nyintri w okręgu Kongpo (wschód Tybetu). Nikt tak naprawdę nie wie, gdzie są i czy jeszcze żyją.

Barbarzyńskie tortury
Tortury, przez które przeszli więźniowie, są przerażające. Niektórzy zostali ukarani za to, że ich rodziny przyniosły im jedzenie. Zwichnięto im ramiona, uszkodzono stawy kolanowe – zostali inwalidami. Przeszli sesje tortur elektrowstrząsami powodującymi zniszczenie układu nerwowego; tracą wiele krwi. Są używani wykorzystywani do celów seksualnych lub jako worki treningowe do ćwiczenia sztuk walki. Wielu traci wzrok, pozostaje chorych na całe życie. Mówi się o tym, że więźniowie są wypuszczani tylko po to, żeby umrzeć poza więzieniem.

Wszystkie klasztory, bez względu na to, czy mniejsze czy większe, są pod bardzo ścisłą kontrolą albo poddawane są sesjom reedukacji. Policja regularnie przesłuchuje, nęka, upokarza, kradnie i niszczy dziedzictwo kulturowe. Klasztor Drepung (koło Lhasy) jest kontrolowany przez mnichów z klasztoru Tashi Lumpo w Shigatse (znanych z tego, że kolaborują z Chińczykami). Ganden (inny duży klasztor z okolic Lhasy) jest zamknięty. Obrazy oddziałów wojskowych w hełmach, szturmujących odizolowane pustelnie, gdzie mieszkało w odosobnieniu ok. 100 – 200 mnichów, są wciąż żywe w pamięci ludzi.

Rezygnuję z pomysłu by odwiedzić znajdującą się w regionie Lhasy pustelnię w Trayerpa i klasztory w Terdroum, Shuksep lub Samyé-Chimphou, ponieważ za każdym razem musiałbym prosić o pozwolenie, znosić towarzystwo przewodnika i ciągłą obserwację przez trzy rodzaje policji, a ta jest wszechobecna. Wyprawa do odosobnionych pustelni wydała mi się ryzykowna, więc ograniczyłem się do kilku okrążeń kory (kora – rodzaj buddyjskiej pielgrzymki) dookoła świątyni Jokang i do przejścia dookoła Lhasy z pielgrzymami. Nawet przy maksymalnej ostrożności, unikając rozmów z przyjaciółmi spotykanymi na ulicy, którzy mnie rozpoznawali, byłem świadomy ryzyka, jakie stanowiłem dla ludzi, których spotykam. Dlatego zrezygnowałem z przedłużenia pobytu.

Dziwnym wydaje się jednak, że licznym turystom odlatującym samolotem z Lhasy nie przeszukano bagaży. Niektórym, którzy próbowali robić zdjęcia wojsku lub policji, skonfiskowano filmy lub karty. Jeden turysta wszczął nawet bijatykę, by zatrzymać zdjęcia – na próżno. Wielokrotnie ogarniała mnie ochota robienia zdjęć lub filmów, zwłaszcza, kiedy mijałem różne grupy wojskowych, pilnujących małych uliczek wiodących do Jokangu lub do świątyni Ramocze – ich tarcze były zniszczone jakby miały kontakt z lawiną kamieni! Nasuwa się też pytanie, w jakim celu zaledwie dwumetrowa świątynia w Childe jest tak bardzo strzeżona.

Jako turyści, także bardzo doświadczyliśmy obecności wojskowych – słychać ich od samego rana, kiedy organizują sobie zawody w strzelaniu do tarczy z tektury, kiedy widzi sie ich uzbrojonych po zęby, paradujących pośród nieuzbrojonego tłumu oddanemu religijnym rytuałom. To przerażające widzieć ich mierzących do istot modlących się o pokój. Ile czasu jeszcze będą maszerować w kaskach po wąskich uliczkach Lhasy? Wieczorem widziałem ich wyraźnie pijanych. Bez względu na to jak są opłacani, prawdopodobnie trudno jest stać na skrzyżowaniach nieruchomo noc i dzień – w dzień w pełnym słońcu jest bardzo upalnie, w nocy chłodno. Zwykle zostają oddelegowani do tej pracy na dwa lata lub niecałe dwa lata.

Obecnie społeczność chińskich buddystów na świecie się powiększa, a do dużych chińskich miast zapraszani są lamowie i wielu uczniów remontuje klasztory, nawet w samym Tybecie.
Książki lamów nauczających w Tajwanie krążą swobodnie w takich metropoliach jak Pekin czy Szanghaj. W dobrym tonie jest mieć tybetańskiego mistrza duchowego i pomagać w budowie świątyń i stawianiu pomników. Chińscy inteligenci są żywo zainteresowani tybetańskimi wpływami duchowymi i kulturowymi, które prawie całkiem zaniknęły w Chinach.

Chińscy fani Karmapy
W zeszłym roku w Indiach, w Bodhgaya spotkałem się z tysiącami Chińczyków, którzy reagowali z uwielbieniem przechodzącym wręcz w histerię na obecności Karmapy. Niektórzy Tybetańczycy mający dostęp do BBC i radia „Free Asia” przez satelitę lub Internet, już o tym wiedzą. Byłem zaskoczony tym, że nieraz Tybetańczycy wiedzą na bieżąco, o czym dyskutuje się w parlamencie na uchodźstwie w Dharamsali. Nawet udaje im się oglądać na żywo przemówienia Dalajlamy!

Kham

Wyżyna Tybetańska stanowi prawie jedną trzecią powierzchni Chin. Obfituje w bogactwa mineralne i leśne. Jest to terytorium niezamieszkałe, którego zasoby nawadniają niemalże cały kontynent Azji. Tybetańczycy nie mają korzyści z modernizacji, którą tak chwalą się Chiny. Bezrobocie się zwiększa, ceny rosną, a tradycyjne środki zarobkowania jak uprawa jęczmienia i wyrób produktów pochodzące z hodowli jaków, owiec i kóz zostały dramatycznie zdezorganizowane przez politykę autorytarną i chaos sprzecznych rozporządzeń. Dodatkowo rośnie ilość kopalni, zasoby wodne są eksploatowane w sposób rabunkowy, w wyniku czego te wspaniałe tereny i najlepsze gleby są niszczone a sami Tybetańczycy nie mają z tego korzyści – nie otrzymują nawet odszkodowania ani propozycji zatrudnienia. Jak w takich warunkach Tybetańczycy mają się nie buntować? Niektórzy myślą o zbiorowym samobójstwie lub podkładaniu ładunków w pociągach, na drogach lub tamach rzecznych. Jednak to byłoby niezgodne ze stanowiskiem Dalajlamy. Poza tym donosicielstwo jest obecnie tak powszechne, że prawdopodobnie każdy spisek mógłby być dość łatwo wykryty.

Jednak pojawiła się sie inna form oporu – coraz więcej Tybetańczyków zostaje wegetarianami. Niektórzy lamowie, zgodnie z wytycznymi Dalajlamy i Karmapy podkreślają, że cnotą jest życie bez wyrządzania krzywdy zwierzętom. W Khamie, Amdo i Lhasie otwierane są restauracje wegetariańskie. Wielu Tybetańczyków przez 4 miesiące tradycyjnego postu nie je mięsa. Nie tylko jest to zgodne z religią, stanowi również formę buntu wobec ubojni rządowych i tych prowadzonych przez muzułmanów, które mnożą się ostatnio wraz z przymusowym osiedlaniem koczowników i przymusowej sprzedaży ich bydła.

Od 50-ciu lat liczne manifestacje w Lhasie i w wielu innych miejscach były brutalnie tłumione. Dotychczasowe działania Tybetańczyków na emigracji i obrońców praw człowieka, nagrody i medale przyznawane Dalajlamie i jego spotkania ze światowymi liderami politycznymi, jak na razie nie poprawiły sytuacji. Nawet sam Dalajlama mówi czasami, że wydaje się, że „naród tybetański został skazany na śmierć”. Jednak w 2008 roku Tybetańczycy osiągnęli istotny punkt prowadzący ku stworzeniu wspólnej tożsamości tybetańskiej ponad podziałami geograficznymi na Kham, Amdo i centralny Tybet. Tybetańczycy mieszkający na emigracji trzymają się założeń polityki oporu bez użycia siły propagowanej przez Jego Świątobliwość Dalajlamę.

źródło: www.nouvelobs.com
 NetSprint