ratujTybet.org » Aktualności » Jesień w Kham

Jesień w Kham

T.T.

29 grudnia 2008
Główny plac w Jyegu.. fot. TT

Ta opowieść zaczyna się w Pekinie, do którego przyjechałam tuż po zakończeniu paraolimpiady. Przez rok zmieniło się wiele. Powstały nowe budynki, przybyło ławek i trawników, w miejscu gdzie wcześniej były brudne budy sprzedawców yamu powstały nowe „historyczne(1)” ulice. Przybyło też policji. Policja, wojsko, oddziały paramilitarne są wszędzie – solo, dwójkami, trójkami, czwórkami… Pieszo, na rowerach, na motorach, w samochodach, autobusach, ciężarówkach… Oprócz nich są także nie do końca tajni funkcjonariusze – po cywilnemu, ale z krótkofalówkami i bronią. Chciałam pójść na plac Tiananmen i obejrzeć dekoracje olimpijskie wykonane z kwiatów. Policjant dyskretnie daje mi znak, że nie wolno. Plac otwierają dopiero po 17-tej, ale i tak jest tylko jedno wejście, w którym trzeba okazać dokumenty, poddać się kontroli osobistej i prześwietlić bagaż. Przez RTG każą mi przepuścić nawet różowy balon, który dostałam od dziecka w parku Behai. Wszyscy wchodzący na plac są fotografowani – policja ma aparat z teleobiektywem. Wszędzie są kamery, nawet w moim zapyziałym hutongu, w którym mieszkam, zatrzymując się w Pekinie. Pijąc w barze dżin z tonikiem jestem w kamerze Wielkiego Brata. Funkcjonariusze są bardzo mili, uprzejmie mi tłumaczą, że czegoś nie mogę, albo, że coś muszę, ale czuję się bardzo dziwnie. Postanawiam wyruszyć na zachód…

Dworzec zachodni w Pekinie przypomina niezdobytą twierdzę – wszędzie stoją uzbrojeni po zęby policjanci. Oprócz prześwietlania bagażu, sprawdzają detektorem, a wybrane jednostki rewidują.

Czeka mnie 26 godzin na krzesełku – będę miała dużo czasu na zaprzyjaźnianie się z ludźmi. Moi współpasażerowie jadą do Xiningu i Lanzhou. Korzystam z okazji, że jeden z nich jest policjantem (oddelegowanym na czas olimpiady z Lanzhou do stolicy) i próbuję się dowiedzieć jak wygląda sytuacja w Gansu – chodzą plotki, że na dniach tybetańskie regiony mają być otwarte dla turystów. Okazuje się, że w większości Chińczycy nie mają pojęcia o restrykcjach wobec Tybetańczyków i zazwyczaj słyszę: „Olimpiada, wielki sukces, ale ciężko przez nią żyć…”. Lanzhou bardzo mnie zaskoczyło. Zazwyczaj na tej stacji wsiada do pociągu barwna czereda Tybetańczyków, a tu nic, ani jednego… Jak dowiaduję się później, Tybetańczykom nie wolno się przemieszczać. Nawet na ulicach Xiningu Tybetańczycy są mniej widoczni.

Przez przypadek kupuję bilet na tybetański autobus; jeżdżą zarówno chińskie, jak i tybetańskie; autobusy należą do kierowców, którzy mają podpisane umowy z kompanią transportową. Miły pan kierowca postanowił mieć mnie na oku i mimo, że mam najgorszą miejscówkę w całym autobusie, dostałam miejsce z przodu, z panoramicznym widokiem przez przednią szybę. Już po godzinnie jazdy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że jestem w Tybecie – białe sylwetki czortenów, kudłate jaki i koszmarny ból głowy (pierwsza przełęcz, jaką pokonujemy w górach Tangula leży na wysokości 3840 m n.p.m.). W autobusie jest nieco dziwacznie – więcej Chińczyków niż Tybetańczyków, nie uświadczysz żadnego lamy. Po drodze mijają nas konwoje wojskowych ciężarówek, wszędzie jest więcej policji niż w zeszłym roku. Nagle patrol zatrzymuje nasz autobus. Uzbrojony po zęby policjant długo świeci mi latarką w oczy, a potem idzie po kolegę… Szczęśliwie nie chodzi o mnie; Qinghai jest wprawdzie otwarty dla zagranicznych turystów, ale z chińskim panem władzą nigdy nic nie wiadomo. Coś jest nie tak – liczą pasażerów, sprawdzają luki bagażowe a potem wciągają kierowcę do radiowozu. Jeden z policjantów magluje kierowcę, a drugi bardzo dokładnie sprawdza przejeżdżające samochody – kabiny kierowców, bagażniki, podwozia… Nie wygląda to na rutynową kontrolę… Nieplanowany postój trwa prawie godzinę. Jestem zszokowana – jadę tą trasą trzeci raz i po raz pierwszy spotyka mnie coś takiego.

W Jyegu (chiń. Yushu) też jest dziwnie. Wszędzie są kamery, po ulicach kręci się wojsko, są posterunki policji, których w zeszłym roku nie było. Codziennie mija mnie na ulicy wojskowa ciężarówka, wojsko („fucking army”, jak ich określają moi przyjaciele) nieustannie patroluje okolice: „Teraz jest spokojnie, jakiś miesiąc temu większość wojska wróciła do Xiningu, ale w Nangchen nadal jest niebezpiecznie…”. Przybylo też chińskich flag na ulicach, wszędzie wiszą jakieś slogany… Zmiany kłują mnie w oczy; wiele się zmieniło w porównaniu z ubiegłym rokiem. Z księgarni, w której uczyłam angielskiego zniknęły zdjęcia Dalajlamy i Karmapy, zniknęły też stoiska z wisiorkami z wizerunkami obu panów.

W dzień targowy, do miasta zjechał barwny tłum nomadów – na centralnym placu handlują yarce (2). Policja oszalała – na 300 metrach ulicy naliczyłam około 20 policjantów (pomijam radiowozy). Na samym placu, na posterunku czuwa 4 funkcjonariuszy… I to wszystko w mieście, w którym praktycznie nie było protestów (3).

W górach, gdzie nikt nie mógł nas podsłuchać rozmawialiśmy z przyjaciółmi o sytuacji w Tybecie. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie: „Tybetańczycy kochają pokój, nie krzywdzą nikogo, dlaczego Chińczycy nas zabijają?”. Mnisi słysząc, że jestem z Polski mówią: „lubimy twój kraj, bo tam jest wolność – my nie jesteśmy wolni”. Teraz jest tak, że jak Tybetańczyk pobije się z Chińczykiem, Chińczyka zawsze puszczają wolno, a Tybetańczyk idzie do wiezienia. Jeżeli Tybetańczyk chce pojechać do innego miasta jest przesłuchiwany i albo dostanie pozwolenie, albo nie. Musi mieć też ważny „dowód osobisty”, którego otrzymanie ciągnie się w nieskończoność. W pociągu policja sprawdza kartę identyfikacyjną (odpowiednik naszego dowodu osobistego) wszystkim podejrzanie wyglądającym osobom. Dziwnym trafem są to głównie Tybetańczycy.

Mała Tashi Lhamo (najśliczniejsza istota jaką znam) poszła w tym roku do szkoły i już nie uczy się tybetańskiego – od tego roku nie ma go w szkołach, mimo że w Tybetańskiej Autonomicznej Prefekturze Yushu mieszka 97% Tybetańczyków i 1% Chińczyków Han (2% to inne narodowości). Pytałam moich przyjaciół czy oglądali olimpiadę – „nie, bo olimpiada jest zła dla Tybetańczyków, przyniosła nam wiele szkody”. Wiele osób myśli o emigracji – kto może, stara się wyjechać – „this is no good place to live”. Jeszcze wiele razy podczas tej podróży usłyszę: „marzę o tym, żeby wyjechać do Ameryki, nie chcę tutaj żyć”.

Wybraliśmy się ze znajomymi mnichami do zaprzyjaźnionej herbaciarni. Pech chciał, że ten sam lokal upatrzył sobie podchmielony tybetański policjant. Pan władza, był tak pijany, że rzucał naczyniami o ścianę, ubliżał kobiecie prowadzącej lokal przy jej matce i obcych ludziach. Nikt nie mógł nic zrobić – moi przyjaciele zachowywali się tak, jak gdyby nas tam nie było. Policjant przysłuchiwał się naszej rozmowie i nagle zaczął coś do mnie wykrzykiwać. Znajomi dali mi znak, że mam się nie odzywać i zaczęli mu uprzejmie tłumaczyć, że ja zupełnie nic nie rozumiem ani po chińsku ani po tybetańsku, i że na pewno nie miałam nic złego na myśli. Dał nam spokój. Nawet jego koledzy bali się go powstrzymać – tutaj policjant to WŁADZA, a pijana władza jest nieobliczalna. Tylko właścicielka herbaciarni dzielnie stawiała mu odpór (wiele ryzykując) – nie miała wyjścia – walczyła o własny honor i pieniądze – policjant uważał, że nie musi płacić.

Autobus powrotny do Xiningu był straszliwym chińskim klekotem i wydawało się że nie zdoła dotrzeć nawet do Gyanag (10 km od Jyegu). Jakoś ruszyliśmy i nawet wyjechaliśmy z miasta – niestety dalej nie szło już tak dobrze, bo w każdym mieście kierowca musiał składać wizytę na posterunku. Koszmar autobusu wynagradzają mi widoki za oknem – ośnieżone góry, turkusowe jeziora i zwierzęta: konie, jaki, antylopy, gęsi tybetańskie. No i przede wszystkim bezkresna pustka. Koń albo jak na horyzoncie to jednoznaczny sygnał, że zbliżamy się do ludzkości, ale ludzkości liczonej w sztukach, a nie miliardach. Nagle z pustki wyłaniają się 2 namioty: jeden czarny, w którym mieszka nomada i jeden niebieski z żółtymi megafonami i napisem POLICE, w którym mieszka policjant. Ciekawe, co on mówi przez te megafony?

Na wieczorny posiłek zatrzymujemy się w Mato (chiń. Maduo). Mato to miasteczko wybudowane po to, żeby nomada się nie wałęsał, bo jak się wałęsa to trudniej go kontrolować. Koszmarne miejsce – brudne i przygnębiające. Po drodze mijamy rozpadające się domostwa, które rząd wybudował, żeby zatrzymać nomadów w jednym miejscu, ale nomadzi gdzieś sobie poszli i mieli władzę w głębokim poważaniu.

W Qinghaiu jest troszkę lżej – władza tak nie pilnuje, jak w Tybetańskim Regionie Autonomicznym. Paszport można łatwiej dostać i wyjechać do Indii – Dalajlamę zobaczyć. Oficjalnie Tybetańczycy mogą mieć dwójkę dzieci (Chińczycy – jedno), ale nomadzi nic sobie z tego nie robią i mają nawet i po sześcioro, bo jak się przydarzy, to „przecież nie można zabić…”. Ale to wszystko ma swoja cenę – Jiegu ma trzy główne ulice na kształt litery Y – na każdym z ramion są koszary. Od lat stacjonuje tu duży garnizon wojskowy.

W marcu Chińczycy odcięli telefony komórkowe i stacjonarne na całym płaskowyżu. Przez długie miesiące Tybetańczycy nie mieli kontaktu z rodzinami. Ponad 50 tutejszych mnichów, którzy pojechali pobierać nauki do Lhasy, zostało uwięzionych i przetrzymywanych przez kilka miesięcy w wiezieniu. Po powrocie opowiadali, że nie było domu, w którym ktoś nie zostałby zabity….

W Xiningu spotykam znajomych Amerykanów, którzy od lat mieszkają w stolicy Qinghaiu. Od nich dowiaduję się, że w wyniku powstania upadło wiele dobrze prosperujących tybetańskich biznesów. Ich zdaniem wydarzenia marcowe przyniosły więcej szkody niż pożytku.

Wieczorem znajomi zabierają mnie do dance-baru. Okazuje się jednak, że to nie tance są główną atrakcją wieczoru, do miasta zjechali bowiem czołowi piosenkarze tybetańscy. Miałam okazje na żywo zobaczyć wszystkich, których znam z tutejszego radia, i do których wzdychają tybetańskie bu-mo. Niestety większość wokalistów dziękuje publiczności po chińsku, rzadko który powie coś po tybetańsku. Szkoda, że Tybetańczycy tak spokojnie patrzą na zanikanie swojej tożsamości – bo co z tego, że w tybetańskim kostiumie, skoro po chińsku?

Wracam do Pekinu, golden weekend (4) trwa w najlepsze. Na placu Tiananmen tłoczą się tysiące ludzi. Jako biała, która właśnie przyjechała z Tybetu budzę zaciekawienie. Stosunek przeciętnego Chińczyka do kultury Tybetu cechuje pewna dwoistość. Z jednej strony wielu Hanów uważa, że kultura tybetańska jest bardzo skomplikowana i całkowicie niezrozumiała, a Tybetańczycy są brudni i leniwi. Z drugiej zaś Tybet jest egzotyczny i wart odwiedzenia, coraz więcej Chińczyków interesuje się buddyzmem tybetańskim – w dużych miastach (np. w Szanghaju i Honkongu) powstają sanghi. Szkoda tylko, że to zainteresowanie przeciętnego pana Li nie przekłada się na działania władz.

TT

1) W Pekinie przy Qiananmen, w miejscu hutongu w ciągu roku powstała rekonstrukcja ulicy z czasów cesarstwa – odbudowano nawet budynek amerykańskiej ambasady z tego okresu.
2) Yarce są to tzw. chińskie grzyby gąsienicowate /cordyceps/ – plecha infekuje ciało gąsienicy i dopiero gdy żywiciel ginie, grzyb wypuszcza na powierzchnię ziemi swoje owocniki. Używane są w medycynie tradycyjnej (pomagają niemal na wszystko) – handel grzybami to dobry biznes i jedno z głównych źródeł utrzymania.
3) W Jyegu praktycznie nie było protestów. Protestowano w szkole średniej i jednym z pobliskich żeńskich klasztorów. Aresztowano kilka osób.
4) Golden weekend – 7-dniowe wakacje, związane ze świętem narodowym Chin, przypadającym 1 października.

 NetSprint