ratujTybet.org » Aktualności » Państwa członkowskie UE muszą koordynować swoje działania wobec Chin

Państwa członkowskie UE muszą koordynować swoje działania wobec Chin

Francois Godement, Japan Times

23 grudnia 2008

Paryż. Odwołanie przez Chiny dorocznego szczytu UE-Chiny na cztery dni przed datą jego rozpoczęcia w Lyonie przedstawiono jako efekt decyzji prezydenta Francji Nicolas Sarkozy’ego o spotkaniu z Dalajlamą w Polce kilka dni później. Jednak to pozornie nieznaczące dyplomatyczne starcie daje jasno do zrozumienia europejskim przywódcom, że będą musieli zmierzyć się z poważnymi trudnościami w relacjach z Chinami.

Chińscy przywódcy są coraz zręczniejsi w budowaniu pozorów wokół swoich dyplomatycznych ataków. W oficjalnym obwieszczeniu, jakie wydadzą będzie raczej mowa o przełożeniu szczytu, niż o jego odwołaniu. Już następnego dnia będą sprawiać wrażenie uprzedzająco grzecznych i otwartych wobec swoich europejskich przyjaciół oraz gotowych do kontynuowania wspólnych interesów.

Decyzja ta nie przyjdzie jednak łatwo chińskim przywódcom. Wystarczy cofnąć się do okresu rozłamu radziecko-chińskiego z 1960 roku, by znaleźć wieloaspektowy precedens. Podobnie zachowywali się też wobec swoich poszczególnych sąsiadów, jak Japonii czy Singapuru, a także ostatnio przez krótki czas wobec Niemiec. Nie mają sobie równych w ocenianiu sił i słabości swoich międzynarodowych partnerów.

Dlatego rządy państw europejskich powinny zastanowić się, skąd u Chińczyków poczucie, że mogą swobodnie je lekceważyć, jak podwładnych urzędników w dialogu na temat praw człowieka. Jak na ironię, głównym sojusznikiem Chin w tym przedsięwzięciu są poddziały europejskie.

Sam Tybet, bezpośrednia przyczyna odwołania spotkania, stanowi zbawienną lekcję w kwestii niebezpieczeństwa rozbicia europejskiej jedności. Kiedy kanclerz Niemiec Angela Merkel spotkała się z Dalajlamą we wrześniu 2007 roku, Niemcy nie otrzymały żadnego wsparcia ze strony swoich europejskich partnerów.

Kiedy w marcu wybuchły zamieszki w Tybecie, zaledwie na parę miesięcy przed Igrzyskami w Pekinie, przywódcy europejscy nie zdołali skoordynować swoich reakcji. Merkel oświadczyła, że nigdy nie planowała uczestnictwa w Igrzyskach; premier Wielkiej Brytanii Gordon Brown – że od początku zamierzał wziąć udział jedynie w uroczystościach zamykających olimpiadę; Jose Manuel Barroso, Przewodniczący Komisji Europejskiej – że nigdy nie brał pod uwagę nieuczestniczenia w nich, zaś prezydent Francji Nicolas Sarkozy powiedział, że się nad tym zastanowi.

Rzeczy nie miały się lepiej odkąd zgaszono znicz olimpijski. W zeszłym miesiącu Wielka Brytania, wykazując niezwykłe wyczucie czasu, w dniu oficjalnego spotkania wysłanników Dalajlamy z Chińczykami ogłosiła radykalną zmianę swojego wieloletniego stanowiska w sprawie „autonomii” Tybetu, najwyraźniej bez uprzedniego poinformowania o tym swoich europejskich partnerów.

Jakiekolwiek byłoby uzasadnienie tego posunięcia, chińscy urzędnicy odczytali to jako dyplomatyczny podarunek, ostro krytykując Tybetańczyków i kierując ogień swojej krytyki na Francję, która obecnie sprawuje Prezydencję Rady Unii Europejskiej.

Niewiele wskazuje na to, żeby Sarkozy miał konsultować się z innymi Europejczykami, nim ogłosił zamiar spotkania się z Dalajlamą w Gdańsku niespełna tydzień po szczycie UE-Chiny. Chińska opinia o słabości Europejczyków, widocznej już w ich nieporadnym i chaotycznym stanowisku wobec Chin, zostanie umocniona przez niepowodzenie, z jakim spotkał się Traktat ustanawiający Konstytucję dla Europy z 2005 roku oraz Traktat Lizboński z 2007 roku.

Tymczasem najgorsze być może wciąż przed nami. W swojej oficjalnej odpowiedzi na odwołanie szczytu, UE wspomina o „obecnej potrzebie ścisłej współpracy gospodarczej między Europą a Chinami w trudnym momencie globalnego kryzysu gospodarczego i finansowego”.

Podobnie jak plotki o zlekceważeniu Tybetu przez Browna w celu utrzymania jak najlepszych relacji z Chinami, można to zinterpretować jako potwierdzenie europejskiej słabości. Od jakiegoś czasu wśród chińskich ekspertów od polityki zagranicznej mówi się, że Europy nie trzeba traktować poważnie. Według nich jej cele są raczej natury moralnej niż strategicznej; nie skupia się na priorytetach w relacjach z Chinami, a rywalizacja o przychylność Republiki Ludowej jest tak ostra wśród państw członkowskich, że Chiny nie muszą nawet wzniecać ognia pod stopami Europejczyków – oni sami to robią. To dlatego Chiny bez skrępowania odwołują długo planowane spotkania najwyższej wagi.

Oczywiście demonstrując w ten sposób, że minęły już czasy niezdecydowanego prawienia kazań przez Europejczyków, Chiny jednocześnie zmieniają swój stosunek do obejmującego urząd Obamy jako do partnera, z którym należy się liczyć. Czas, żeby Europa doznała olśnienia. Marzenia nostalgicznych gaullistów w Paryżu i spadkobierców brytyjskiego imperium w Londynie o własnej „polityce wobec Chin” są anachroniczne i nierealistyczne. Odizolowane stanowisko Niemiec jako głównej gospodarczej figury w sino-europejskich relacjach oznacza poniesienie olbrzymich kosztów zbiorowych.

Utworzona na nowo europejska polityka wobec Chin objęłaby:
– zdecydowane wsparcie dla Tybetu i Dalajlamy ze strony Europy
– współpracę państw członkowskich na najwyższych szczeblach w kwestii polityki wobec Chin
– analizę i zrównoważenie interesów Europy z Chinami.

Finansowa współpraca rzeczywiście jest konieczna. Ale czy Europa potrzebuje jej bardziej, niż Chiny? Europa powinna spokojnie rozwijać finansowe działania dyplomatyczne z Chinami, które służyłyby wzajemnym interesom – nie ma tu potrzeby postępowania wbrew swoim zasadom.

Od Chińczyków powinniśmy uczyć się cierpliwości i zwrócić uwagę na stosowaną przez nich politykę podwójnej miary – Chiny nie posłużyły się Dalajlamą jako wymówką, by nie brać udziału w spotkaniach z kimś innym. Należy zauważyć, że wraz ze spadkiem rozwoju gospodarczego Chin, ich przywódcy mogą mieć swoje powody, by znaleźć kozła ofiarnego za granicą i przyjąć zagorzale nacjonalistyczną postawę.

Jednocześnie Chiny nie potrafią sprostać wielu roszczeniom ze strony Europy, związanym z nadwyżkami handlowymi, prawem własności intelektualnej, bezpieczeństwem produktów oraz zapewnieniem inwestorom równych szans. Europa przyznała Chinom wszystkie korzyści swojego wolnego rynku i systemu, a mimo to wciąż jest traktowana zaledwie jak dyplomatyczne źródło irytacji. Dopóki europejscy przywódcy nie zorganizują się należycie, nie ma większych szans na poprawę sytuacji.

*Francois Godement jest dyrektorem Ośrodka Studiów Azjatyckich w Paryżu oraz szefem programu azjatyckiego w Council on Foreign Relations. Artykuł ten pierwotnie ukazał się w PacNet Newsletter.

Tłum. M.P.

źródło: savetibet.org
 NetSprint