Rondo Wolnego Tybetu – Chiny grożą Warszawie
Ambasada Chin ostrzega premiera i polski MSZ: rondo Wolnego Tybetu na warszawskiej Woli „mogłoby wywołać nieobliczalne reakcje społeczeństwa chińskiego”. Na razie wystraszył się jeden radny SLD.
„Realizacja rzeczonej inicjatywy byłaby wydarzeniem bezprecedensowym nie tylko w skali Polski, ale i całości kontaktów Chin ze światem” – usłyszał szef departamentu Azji i Pacyfiku MSZ Tadeusz Chomicki podczas spotkania z panem Ma Taotao, II sekretarzem wydziału politycznego ambasady ChRL.
Chińską dyplomację postawiła na nogi błyskawiczna akcja stołecznych samorządowców. Wybrali skrzyżowanie ul. Kasprzaka i al. Prymasa Tysiąclecia i 11 grudnia chcą je nazwać rondem Wolnego Tybetu. W tym dniu do Warszawy przyjeżdża Dalajlama, by wygłosić na Torwarze wykład dla kilkutysięcznej publiczności.
Ma Taotao interweniuje
Wiadomość o proteście ambasady Chin dotarła wczoraj do komisji nazewniczej, która opiniowała nazwę ronda na Woli. Radni czytali na głos notatkę MSZ z groźnym przesłaniem: „Przedostanie się informacji o tej formie poparcia Polski dla niepodległości Tybetu do chińskich mediów mogłoby wywołać nieobliczalne reakcje społeczeństwa chińskiego”. Dlatego ambasada ma nadzieję, że „rząd RP podejmie właściwe działania zapobiegawcze”. Zauważa, że rady Woli i Warszawy „są kontrolowane przez przedstawicieli partii rządzącej, na której czele stoi obecny premier RP”.
– Grożą nam wstrzymaniem stosunków dwustronnych i zabawki nie dojadą na święta – kpił radny Michał Grodzki (PiS). Atmosfera ogólnego rozbawienia nie udzieliła się jedynie Dariuszowi Klimaszewskiemu z SLD. – Tu nie ma nic do śmiechu – strofował kolegów. – Mamy właśnie nowe otwarcie w stosunkach z Chinami. Premier był tam w październiku, a my robimy wszystko, żeby to popsuć. Powinniśmy skonsultować się z MSZ – rzucił i jako jedyny wstrzymał się od głosu.
Przeczytaj także: Wola chce ronda Wolnego Tybetu
– Bardzo się panu dziwię, bo u nas na Woli lewica była „za” – powiedział działaczowi SLD Michał Kubiak, wolski radny PO. To on zaproponował rondo Wolnego Tybetu, a teraz pilnuje, by zostało nazwane na czas.
– A czy jest w tej sprawie partyjna dyscyplina? Nie! – odciął mu się radny Klimaszewski.
Yu Ruilin protestuje
Wydział polityczny chińskiej ambasady monitoruje stołeczny samorząd od wielu miesięcy. W kwietniu w MSZ pojawiła się pani Yu Ruilin, by zaprotestować w imieniu rządu Chin. Poszło o zaproszenie dla Dalajlamy i stanowisko Rady Warszawy „przeciwko łamaniu przez władze chińskie praw człowieka, w tym w szczególności przeciwko brutalnemu pacyfikowaniu pokojowych i wolnościowych manifestacji Tybetańczyków”. Pani Yu Ruilin chciała, by MSZ wpłynął na „instytucje samorządowe w celu unikania działań potępiających rząd chiński w przyszłości”. MSZ odpowiedziało krótko: nie jest władne udzielać wskazówek niezależnemu samorządowi i radnym wybranym w wyborach bezpośrednich.
Kolejny raz ambasada Chin przypomniała się jesienią. Tym razem bez pośredników. Podczas przygotowań do stołecznej wizyty Dalajlamy na biurku jednej z urzędniczek gabinetu prezydenta miasta zadzwonił telefon. Pytanie brzmiało tak: „Czy ten Chińczyk planuje przyjazd na zaproszenie prezydent Warszawy?”.
Potem była próba zaproszenia przedstawicieli Ratusza na rozmowę o stosunkach polsko-chińskich. Na pytanie urzędniczki, dlaczego chińska dyplomacja chce debatować nad polityką międzynarodową z samorządowcami, padła odpowiedź: „Bo przyjeżdża tu taki jeden Chińczyk”.
Jarosław Osowski, Iwona Szpala
źródło: miasta.gazeta.pl