Tybet po olimpiadzie: przykręcanie śruby
Gdy krewny z zagranicy dzwoni do Tybetańczyka, słyszy prośbę, by więcej nie telefonował. Bo rozmowy są rejestrowane, a ludzie, którzy narzekają na życie i władzę – znikają w więzieniach. Kolby chińskich karabinów na długo wybiły Tybetańczykom z głów żądanie poszanowania praw człowieka.
Z Adamem Koziełem ekspertem ds. Chin i Tybetu z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka rozmawia Katarzyna Kęsicka
Manifestacje na trasie znicza olimpijskiego, protesty pod ambasadami ChRL – przed olimpiadą Tybet był na ustach wszystkich. Igrzyska się skończyły iwygląda na to, że Zachód zapomniał o Tybecie.
– To normalne, że po olimpiadzie zainteresowanie Tybetem trochę opadło – za dużo było tych Chin wtelewizji i gazetach. Ale nie wolno nam go stracić z oczu. Aby doszło do zmian w chińskiej polityce, potrzeba stałego nacisku na rządzących.
Co się teraz dzieje w Tybecie?
– Władze ChRL utrzymują represje wprowadzone po marcowych zamieszkach w Lhasie. Trwa blokada informacji. Kraj otworzono częściowo dla turystów, ale tylko dla grup zorganizowanych, pod opieką lojalnych wobec władz przewodników. Ludzie wracający z Lhasy donoszą o niesamowitych ilościach wojska i milicji na ulicach – zdarzało się, że po drodze z centrum miasta do dworca byli aż osiem razy kontrolowani przez różne uzbrojone patrole! W niektórych prowincjach jest tyle samo chińskich żołnierzy co mieszkańców. Żaden Tybetańczyk nie kupi biletu na kolej czy autobus, jeśli nie ma zezwolenia od władz. Efekt: w poprzednich latach z Tybetu uciekało średnio 3 tys. osób rocznie. Teraz to pojedyncze przypadki. Kraj jest spacyfikowany, a Tybetańczycy zastraszeni. Po marcu aresztowano co najmniej 6 tys. osób. Z więzień wyszli pobici, okaleczeni, złamani psychicznie po torturach, jak np. gwałcenie elektryczną pałką. Szacujemy, że ok. 1 tys. osób czeka w więzieniach na procesy. Pierwsze kary były jak na Chiny łagodne – tylko dwie osoby dostały dożywocie, bo Pekin nie chciał drażnić świata przed olimpiadą. Teraz będą wyroki śmierci.
A co z rozmowami z rządem tybetańskim na uchodźstwie podjętymi przed olimpiadą?
– To był tylko PR-owski zabieg. Ostatnia runda rozmów była w lipcu i do niczego nie doprowadziła. Kolejnej nikt nie zapowiada.
Wygląda więc na to, że wolny świat poniósł porażkę.
– Zabrakło wspólnego i konsekwentnego stanowiska politycznego. Zachód nie podjął żadnej poważnej inicjatywy, która mogłaby wymusić na Chinach demokratyzację życia w Tybecie. Nic się nie zmieni, dopóki nasi przywódcy nadal będą mówić Chinom: W tym Tybecie to robicie źle, poprawcie się, a tymczasem kupcie nasze surowce i wpuśćcie nasze koncerny. Zachód powinien wspierać reformatorskie skrzydło Komunistycznej Partii Chin. Bo póki jej szefem jest Hu Jintao, trudno mieć nadzieję na zmiany. Hu zrobił karierę, gdy w latach 1988-92 był szefem KPCh w Tybecie i przykręcał śrubę Tybetańczykom. Rezygnacja z takiej polityki byłaby teraz przyznaniem się do błędu. Czyli utratą twarzy – najgorszą plamą na honorze Chińczyka.
A czego możemy realnie domagać się dla Tybetu? Bo na niepodległość raczej nie ma szans.
-Wystarczyłoby, żeby Chiny przestrzegały ustanowionego przez siebie prawa. Ugoda zawarta w 1951 r. po inwazji ChRL na Tybet dawała Tybetańczykom prawo do autonomii, własnych urzędów, wolności religijnej, gwarantowała pozycję Dalajlamy. To nie jest przestrzegane.
MKOl wierzył, że olimpiada przyczyni się do poprawy przestrzegania praw człowieka nie tylko w Tybecie, ale też w całych Chinach. Czy tak się dzieje?
– Wręcz przeciwnie. Władze chętnie utrzymałyby ograniczenia wprowadzone pod pretekstem zapewnienia bezpieczeństwa podczas igrzysk. Np. obywatelskie komitety rodem z czasów Mao Zedonga, czyli system sąsiedzkiej inwigilacji. Wyznaczeni mieszkańcy z czerwonymi opaskami na rękawach obserwują, co się dzieje na osiedlu, i informują władze: ten rozmawiał z zagranicznym turystą, tamten wynajął komuś przyjezdnemu pokój. Ale przykręcenie śruby społeczeństwu i gigantyczne koszty olimpiady mogą obrócić się przeciw władzom. Na budowę infrastruktury olimpijskiej poszło 50 mld dol. Po igrzyskach w Atenach wyliczono, że każdy złoty medal chińskiego zawodnika kosztował społeczeństwo 100 mln dol. – teraz koszty będą większe. Do tego dochodzą skutki światowej dekoniunktury. Chińska gospodarka zaczyna zwalniać, rosną ceny, giełda w Szanghaju straciła 60 proc. wartości. To się odbije na poziomie życia Chińczyków, z których 700 mln już egzystuje w skrajnej biedzie, a 70 proc. nie ma żadnego zabezpieczenia emerytalnego. Po krachu komunizmu jedyną legitymizacją władzy jest szybki rozwój gospodarczy i stworzenie warunków do bogacenia się. Jeśli ludzie zaczną biednieć, wybuchną niepokoje społeczne, które mogą wymusić rewizję polityki władz lub wymianę ekipy. Już teraz w Chinach dochodzi do ok. 80 tys. masowych protestów rocznie, np. przeciwko skorumpowanym urzędnikom, którzy za łapówki pozwalają burzyć domy, by jakiś przedsiębiorca postawił na ich miejscu toksyczną spalarnię śmieci. Zmiany w ChRL kiedyś nastąpią, ale dla Tybetu może już być wtedy za późno. Za 20 lat Tybetańczycy staną się mniejszością we własnym kraju, będziemy ich mogli oglądać w rezerwatach jak Indian wUSA. I co z tego, że w tym rezerwacie będzie bardziej demokratycznie niż dziś?
Źródło: Metro
źródło: www.emetro.pl