Tybetańczycy w Warszawie
Jest ich tylko 17. Poznajcie trójkę: Yeshiego, który leczy dzieci w Rembertowie i marzy o założeniu tybetańskiego baru, Thuptena, byłego mnicha, który wykłada na orientalistyce, i Czimi, 19-latkę, która nim trafiła do Polski, przeprawiała się nielegalnie przez Himalaje.
Jaki dług spłaca Yeshi
Yeshi jest internistą. Pracuje w niepublicznej przychodni w Rembertowie, dorabia na dyżurach w Falcku, prywatnej firmie medycznej.
Był wśród pierwszych Tybetańczyków, którzy przyjechali do Polski w 1994 roku: -Na lotnisku byłem zszokowany. Przyzwyczaiłem się w Indiach, że każdy biały mówi po angielsku. A tu nikt mnie nie rozumiał.
Yeshi urodził się w Tybecie, jako małego chłopca rodzina wysłała go do indyjskiej Daramsali, gdzie ma siedzibę Dalajlama. Uczył się w szkole dla uchodźców z Tybetu założonej przez siostrę Dalajlamy. Właśnie miał zdawać na studia, gdy departament edukacji emigracyjnego tybetańskiego rządu ogłosił, że polskie uczelnie są gotowe przyjąć czterech tybetańskich stypendystów.
-Na początku było ciężko, w sklepie rozmawialiśmy jak głuchoniemi. Najbardziej lubiliśmy jeździć tramwajami. Podobał nam się ten miejski pociąg, nigdy czegoś takiego przedtem nie widziałem – opowiada płynną polszczyzną.
Yeshi ma żonę Polkę z Wilna, poznali się na studiach medycznych. – Pracując jako lekarz, spłacam dług, jaki mam wobec Polski. Gdy Dalajlama spotkał się z nami w czasie swojej wizyty w Polsce, powiedział, że jesteśmy ambasadorami Tybetu w tym kraju. Dawać dobre świadectwo o swojej ojczyźnie to jedyne, co mogę w tej chwili zrobić dla Tybetu.
Yeshi wzdycha: -Olimpiada w Pekinie to międzynarodowa porażka. Krajowi o takiej reputacji łamania praw człowieka nie powinno się pozwalać na organizację tak pięknej imprezy.
Tybetańczyk stara się nie kupować chińskich rzeczy. Z ubraniami mu się nawet udaje. -Tylko jak w sklepie przeglądam metki i dopytuję się, czy koszulka przypadkiem nie jest made in China, to czasem na mnie dziwnie patrzą. „Chińczyk, a nie chce chińskiego?”, myślą pewnie.
Co tata narzuca Norbu
Yeshi do syna, 3-letniego Norbu, mówi po tybetańsku. Tak samo do córeczki Dedolli: – Ja trochę bardziej narzucam rodzinie własną kulturę. Ale żona rozumie, że ze względu na okupację chińską muszę im wpajać tybetańskość, żebyśmy przetrwali.
Od paru miesięcy w Warszawie jest też siostra Yeshiego Tsering. Mieszka z nimi, zajmuje się dziećmi i gotuje tybetańskie potrawy, których tak bardzo brakuje Yeshiemu: – Marzy mi się taki tybetański bar. Taki, jak mają Wietnamczycy, ale żeby można tam zjeść prawdziwe momo (pierożki z mięsem gotowane na parze) i chowmana, czyli smażony makaron z mięsem i warzywami.
Co zdziwiło Czimi
Czimi ma 19 lat i jest najświeższą Tybetanką w Polsce.
Przyjechała w maju, gdy po czterech latach w Daramsali dostała wreszcie tymczasowy indyjski paszport. Z Tybetu trafiła do Indii nielegalnie, przeprawiła się przez Himalaje w grupie kilkunastu osób. -Chciałam się uczyć w tybetańskiej szkole, a w Tybecie mogłam tylko chodzić do chińskiej – tłumaczy.
Kasia Skopiec, u której Czimi mieszka, wspomina: -Czimi najbardziej zdziwiło, jak grzebiemy zmarłych. Na grobie moich dziadków dopytywała się, czy małżeństwo umarło jednocześnie, skoro leży razem. Jest zwyczajną nastolatką: czyta romanse, lubi włóczyć się po sklepach, nudzić na kanapie. Niczym nie różni się od mojej córki.
Kasia wspólnie ze znajomymi zorganizowała jej kursy polskiego i doszkalające angielskiego. Od września Czimi zacznie się uczyć w warszawskim gimnazjum społecznym przy Raszyńskiej.
-A gdyby ktoś mógł spełnić każde twoje życzenie, co byś chciała? -pytam.
-Wrócić do Tybetu – odpowiada bez wahania.
Gdzie Thupten nigdy nie był
Thupten przygotowuje właśnie obiad na tybetańskim spotkaniu zorganizowanym przez Karme Tashi w podwarszawskim Latchorzewie.
Thupten mieszka w Polsce od 14 lat. Urodził się w Nepalu. Nigdy nie był w Tybecie, choć jest doktorem tybetologii. Kilka lat temu obronił na UW doktorat z klasycznej gramatyki tybetańskiej. Wykłada na orientalistyce.
-Ciągle czekam na polskie obywatelstwo -żali się. -Trochę szkoda, że to tyle trwa. Byłbym dobrym obywatelem. A poza tym jako Polak mógłbym pojechać do Tybetu po materiały do dalszej pracy naukowej.
O tym, że nie jest Polakiem, przypominają mu także uwagi typu: „Żółtku, czego tu szukasz. Spadaj”, które słyszy czasem, gdy wieczorem wychodzi spotkać się ze znajomymi.
Thupten poza pracą na uniwersytecie prowadzi sklep tybetański (przy ul. Hożej 40 w Warszawie). Czasu na spotkania z innymi Tybetańczykami, jak to na zdjęciu, zostaje mu niewiele. Jest chyba typem samotnika. Kiedy przyjeżdżał do Polski, był jeszcze mnichem. – Ale trudno jest utrzymać styl życia tak odmienny od otoczenia -wzdycha.
Źródło: Gazeta Wyborcza
źródło: wyborcza.pl