Nie jesteśmy Buddami – Tybetański ruch wolnościowy na uchodźstwie
Natalia Bloch
Nie jesteśmy Buddami – Tybetański ruch wolnościowy na uchodźstwie
Pewnej marcowej nocy 1959 roku XIV Dalajlama Tenzin Gjaco – uważany za duchowego i politycznego przywódcę Tybetańczyków – zamienił habit mnicha na mundur żołnierski i futrzaną czapę, przewiesił przez plecy karabin i zdjął okulary. Tak przebrany, w asyście członków rządu i pod eskortą wojowniczych Khampów ze wschodniego Tybetu, opuścił zajęty przez komunistyczne Chiny kraj, by na uchodźstwie, jako wolny człowiek, reprezentować swój naród i generować międzynarodowe poparcie dla tzw. sprawy tybetańskiej.
Demokracja na uchodźstwie
Zaledwie 25-letni wówczas dalajlama zdawał sobie sprawę, że aby funkcjonować we współczesnym świecie, nie można przenieść egzotycznej i przestarzałej formy rządów hierokratycznych na grunt indyjski. Ku zgrozie wielu starszych urzędników rozpoczął proces demokratyzacji tybetańskich struktur politycznych na uchodźstwie z siedzibą w Dharamsali (północne Indie).
Wspólnie z kaszagiem, tradycyjnym gabinetem, powołał Zgromadzenie Narodowe Delegatów Ludowych – parlament, w skład którego wchodzą przedstawiciele trzech etnicznych prowincji Tybetu: U-Cangu, Amdo i Khamu. Następnie zaprojektował demokratyczną konstytucję opartą na wartościach buddyjskich i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka jako podstawę funkcjonowania władzy przedstawicielskiej oraz model ustawy zasadniczej przyszłego, wolnego Tybetu.
Konstytucja ta kładła nacisk na konieczność dalszej demokratyzacji administracji tybetańskiej, wprowadzała wolne, powszechne wybory do parlamentu i przesądzała, że po odzyskaniu przez Tybet niepodległości dalajlama nie będzie piastował żadnego stanowiska politycznego, a jego kompetencje przejmie prezydent. Co więcej, przywódca Tybetańczyków zamieścił w niej artykuł, zgodnie z którym on sam mógłby być odwołany jako głowa państwa, jeśliby tak zadecydowało 2/3 członków Zgromadzenia. Sama myśl, że dalajlama mógłby być kiedykolwiek usunięty, niezależnie od okoliczności, omal nie przyprawiła o atak serca bardziej konserwatywnych członków kaszagu.
Dziś władza tybetańska na uchodźstwie ma w pełni demokratyczny charakter i jest oparta na rządach prawa oraz klasycznym trójpodziale władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Konstytucja gwarantuje wszystkim Tybetańczykom równość wobec prawa oraz poszanowanie podstawowych praw i wolności obywatelskich bez względu na wyznanie, płeć, język i pochodzenie społeczne.
Rządowa wizja wolnego Tybetu
Centralna Administracja Tybetańska – bo taką nazwę noszą władze tybetańskie na uchodźstwie – prowadzi wobec Chińskiej Republiki Ludowej politykę dialogu i kompromisu, opierając się na zasadach non-violence i uniwersalnej odpowiedzialności za losy świata. Początkowo rząd dalajlamy domagał się przywrócenia statusu Tybetu sprzed roku 1949, jednak wskutek braku pozytywnej reakcji ze strony chińskiej tybetański przywódca ogłosił w roku 1987 tzw. Pięciopunktowy Plan Pokojowy, rozwinięty rok później na forum Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, zakładający rezygnację z postulatu niepodległości na rzecz realnej autonomii. W myśl tej propozycji polityka zagraniczna i sprawy obronności byłyby prowadzone przez Chiny, ale Tybet, jako region rzeczywiście autonomiczny, posiadałby pełną wewnętrzną niezależność i prawo decydowania w kwestiach gospodarki, opieki socjalnej, szkolnictwa i religii. Wizja ta była bardzo idealistyczna – zakładała przekształcenie Płaskowyżu Tybetańskiego w sferę zdemilitaryzowaną, gdzie priorytetowymi wartościami byłoby poszanowanie praw człowieka i ochrona środowiska naturalnego.
Ten kompromis nie spotkał się jednak z entuzjastycznym przyjęciem ze strony chińskiej i cztery lata później tybetański rząd emigracyjny wycofał się, przynajmniej oficjalnie, ze swojej propozycji. Cały czas jednak, wykazując iście buddyjską cierpliwość, występuje do władz ChRL z propozycjami nawiązania dialogu i zawarcia kompromisu. I taki obraz tybetańskiej polityki na uchodźstwie funkcjonuje w świadomości opinii publicznej.
Cierpliwość na wyczerpaniu
Mało kto zdaje sobie jednak sprawę, że istnieje nurt przeciwstawny do oficjalnej polityki tybetańskiego rządu emigracyjnego i stojącego na jego czele dalajlamy. Uchodźcy tybetańscy nie są jednolitą masą zmierzającą w tym samym kierunku (a przynajmniej nie tymi samymi drogami) – od prawie półwiecza funkcjonują w ramach demokratycznych struktur, a demokracja stwarza możliwość czy wręcz implikuje istnienie różnych sił politycznych i realizowanie odmiennych koncepcj. Uległ również zmianie wzorzec społeczno-kulturowy – pokolenie Tybetańczyków urodzonych już na uchodźstwie odebrało nowoczesną edukację, a co za tym idzie zyskało świadomość historyczną i rozeznanie we współczesnych stosunkach międzynarodowych. Wciąż silnie zakorzenione w tradycji buddyjskiej, nauczyło się rozgraniczać religię od polityki – dwie sfery w dawnym Tybecie nierozerwalnie ze sobą splecione. I wreszcie – zaczęło korzystać z zagwarantowanej im przez konstytucję wolności słowa i sumienia.
Efektem tych przemian jest istnienie na tybetańskiej arenie politycznej organizacji pozarządowych, których cele i metody działania odbiegają od oficjalnego nurtu. Organizacji powołanych do życia przez pokolenie Tybetańczyków, które nigdy nie widziało swojego kraju. I któremu do niego spieszno.
"Młoda” opozycja tybetańska
Organizacją najbardziej aktywną politycznie, znaną ze spektakularnych akcji i prowokacyjnych deklaracji jest Kongres Młodzieży Tybetańskiej (ang. Tibetan Youth Congress), powołany do życia w roku 1970 przez grupę młodych Tybetańczyków – pierwsze pokolenie, które zdobyło nowoczesne wykształcenie w Indiach – niezadowolonych ze zbyt ugodowej i biernej postawy swoich władz. Świadomie bądź też nie stworzyli ekwiwalent opozycji wobec rządu i tę rolę pełnią do dziś. Kandydaci do parlamentu tybetańskiego nie startują bowiem z ramienia partii politycznych, lecz reprezentują prowincje Tybetu, z których się wywodzą – na forum tego organu nie dochodzi więc do klasycznego podziału na stronę rządząca i opozycję parlamentarną.
Wbrew nazwie wielu członków ruchu to 30-, 40- i więcej -latkowie, choć niewątpliwie jego śmiałe i bezkompromisowe postulaty przyciągają „młodych gniewnych”. Działalność Kongresu nie jest zjawiskiem marginalnym – według oficjalnych danych, przygotowanych przez rządowy Departament Informacji i Stosunków Międzynarodowych, organizacja posiada 10 tys. członków, co już czyni ją najliczniejszym ruchem narodowym na uchodźstwie, podczas gdy sam KMT chwali się 20-tysięcznym członkostwem. Dane te należy zestawić z ogólną liczbą uchodźców tybetańskich na świecie, która wynosi zaledwie około 150 tys.. Jakby na to nie patrzeć, mamy więc do czynienia z ruchem masowym. Ponadto Kongres zainicjował projekt Międzynarodowi Przyjaciele KMT, by generować poparcie płynące z zewnątrz. Nie-Tybetańczycy nie mogą być bowiem pełnoprawnymi członkami organizacji.
Dużo młodszą, bo założoną przed pięcioma laty, jest organizacja Przyjaciele Tybetu (Indie) (ang. Friends of Tibet. India). Licząca obecnie około 3,5 tys. członków, początkowo miała skupiać tylko Hindusów, którzy popierają Tybetańczyków w ich walce, z czasem jednak stała się forum tybetańsko-indyjsko-międzynarodowym. Organizacja prowadzi warsztaty „Akcje non-violence na rzecz Tybetu” w obozach uchodźców tybetańskich w Indiach, Nepalu i Bhutanie. Trwający kilka dni program obejmuje wykłady, dyskusje, projekcje filmów, ćwiczenia i przygotowywanie scenek dramaturgicznych o tematyce narodowowyzwoleńczej.
Sekretarzem generalnym Przyjaciół Tybetu (Indie) jest barwna postać społeczności uchodźczej – Tenzin Cunde, którego zdjęcie pojawiło się przed dwoma laty na pierwszych stronach indyjskich gazet po tym, jak zawiesił baner uszyty z flag ChRL z napisem „Wolny Tybet” na czternastym piętrze gmachu hotelu, w którym zatrzymał się premier Chin podczas wizyty w Bombaju. Znakiem rozpoznawczym Tenzina jest czerwona przepaska na czole, której poprzysiągł sobie nie zdejmować dopóki Tybet nie będzie znów wolny. „W przeciwnym razie zamierzam z nią umrzeć” – mówi. Jego idolem jest… Lech Wałęsa – uwielbia oglądać archiwalne nagrania ze strajku w Stoczni Gdańskiej. KMT i Przyjaciele Tybetu (Indie) często współpracują z organizacjami studenckimi i regionalnymi oddziałami Stowarzyszenia Kobiet Tybetańskich (ang. Tibetan Women's Associacion).
Rangzen, czyli tybetański sen o wolności
Priorytetowy postulat KMT to odzyskanie przez Tybet „pełnej niepodległości, nawet za cenę życia”. Organizacja odrzuciła zdecydowanie propozycję strasburską dalajlamy i jego ideę autonomii dla Tybetu: „Odstąpić Chińczykom sprawy zagraniczne i sektor obronny kraju znaczy tyle, co abdykować, zrezygnować z praw suwerennego państwa. Uważamy, że na tej płaszczyźnie nie może być żadnego kompromisu. Dyskusja z Chińczykami nie prowadzi do niczego […]. Powinniśmy […] walczyć, a nie dyskutować!”. Takie podejście zakłada dezaprobatę dla jakiegokolwiek dialogu z ChRL i akceptację stosowania przemocy, a co za tym idzie – opozycję wobec pokojowej i kompromisowej polityki dalajlamy.
Hasło „Wolny Tybet” jest przez członków Kongresu rozumiane jako niepodległy Tybet (rangzen to po tybetańsku „niepodległość”), a nie – Tybet autonomiczny. KMT uważa, że skoro Tybet w momencie wkroczenia na jego terytorium chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej był niepodległym państwem, to Tybetańczycy mają prawo do jawnego przeciwstawienia się okupacji i żądania przywrócenia status quo sprzed roku 1949. Postulat ten obejmuje całe terytorium etnicznego Tybetu, a nie tylko Tybet Centralny (U-Cang) przekształcony przez władze ChRL w Tybetański Region Autonomiczny (TAR), podczas gdy wschodnie prowincje (Kham i Amdo) – czyli ponad połowa kraju – zostały wcielone do Chin i objęte tamtejszą administracją.
Dzięki determinacji Przyjaciół Tybetu (Indie) został odzyskany w tym roku ważny dowód tybetańskiej niepodległości nieustannie podważanej przez stronę chińską. Paszport wydany przez rząd Tybetu swojemu sekretarzowi finansów – Ceponowi Szakapbie – zaginął przed dwunastoma laty. Używany przez urzędnika podczas podróży w roku 1947 (czyli na dwa lata przed wkroczeniem komunistycznych wojsk chińskich do wschodniego Tybetu) zawiera oficjalne pieczęcie, będące dowodem uznania państwowości Tybetu, takich krajów, jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja czy Włochy. Przyjaciele Tybetu przekazali dokument dalajlamie. Czyżby chcieli mu tym samym przypomnieć, co jest głównym celem ich walki?
Moralność kontra skuteczność
Fenomen walki Tybetańczyków o prawo do samostanowienia polega na tym, że jest ona prowadzona bezkrwawo – przy zastosowaniu jedynie pokojowych metod. Bardziej radykalni członkowie KMT twierdzą, że to i owszem – bardzo szlachetne, ale w ogóle nieskuteczne. Puncong Namgjal, dyrektor Fundacji na rzecz Tybetu w Londynie, reprezentującej podobne stanowisko, co KMT, zwraca uwagę: „Arafat, mimo że zabija i terroryzuje, jest przyjmowany przez władze na całym świecie. Zdobył poparcie i sympatię dla narodu palestyńskiego […]. A dalajlama jest nieszkodliwy. Nie stwarza problemów. Wobec tego, po cóż przejmować się jego kłopotami?”. Przykłady Palestyny, Timoru Wschodniego czy Czeczenii (jeszcze przed upadkiem Groznego) są często przytaczane jako dowody na skuteczność stosowania przemocy w walce o niepodległość.
Podczas gdy rząd tybetański kładzie nacisk na etykę i moralność w polityce, Kongres reprezentuje postawę makiaweliczną. Czy kłóci się ona z wartościami buddyjskimi? „Buddyzm jest bardzo praktyczną religią – jeżeli zabijasz jednego człowieka, by ocalić tysiąc innych, nie postępujesz źle” – argumentuje mnich z Sera, jednego z wielkich klasztorów odtworzonych przez uchodźców na południu Indii. Dlatego mnisi tybetańscy, którzy walczyli zbrojnie przeciwko żołnierzom chińskim w Tybecie, nie łamali swoich ślubowań.
Tybetańczyk znaczy wojownik
W kwestii terroryzmu władze KMT próbują się asekurować: „Nie wierzymy w terroryzm. Nie wierzymy w konieczność zabijania niewinnych ludzi”, ale „jeśli zabijamy Chińczyków, nikt nie może zarzucić nam działalności terrorystycznej. Nie ma niewinnych Chińczyków przyjeżdżających do Tybetu. Chińscy osadnicy muszą wrócić do Chin, w przeciwnym razie Tybet będzie skończony. A to pociąga konieczność użycia sił: palenie ich sklepów itd. Jeśli będzie to nieuniknione, będziemy zmuszeni zaatakować ich bezpośrednio”. Sam brat Dalajlamy, Tenzin Czogjal Rinpocze, należący do zwolenników Kongresu, mówi o obecności ChRL w Tybecie: „To tak, jakby nieproszony gość wszedł do naszego domu. Ta niepożądana osoba musi odejść […]. Trudno liczyć, że Chińczycy odejdą tak po prostu. Chyba, że użyjemy tego…"(i prawą ręką imituje strzelanie z pistoletu). Poetycko ujmuje to Lasang Cering, prezydent KMT w newralgicznym okresie od roku 1986 do 1989, kiedy to doszło do największych demonstracji narodowowyzwoleńczych w Tybecie od czasu powstania w Lhasie w 1959:
Wolność jest podstawową koniecznością.
Wolność nie przyjdzie, gdy się tylko czeka.
O wolność trzeba walczyć i trzeba zwyciężyć.
Wolności nie dostaje się za darmo. Jest cena, którą trzeba zapłacić.
Taszi Namgjal, dwukrotny prezydent KMT, marzy o wojnie partyzanckiej na Płaskowyżu, przerwanej przez wstrzymanie poparcia ze strony Stanów Zjednoczonych (CIA w początkowej fazie walk partyzanckich przeprowadziło operację „Garden”, przerzucając tybetańskich wojowników do USA, a tam szkoląc ich i wyposażając w broń), deklarując zza swojego biurka, że gdyby do takowej doszło, pojechałby i walczyłby.
Również w samym Tybecie nastroje ulegały radykalizacji. Jedna z ważniejszych organizacji ruchu oporu działających na Płaskowyżu, Związek Młodych Tygrysów i Lampartów, tracąc wiarę w pokojowe metody oporu, w skierowanej do sekretarza generalnego ONZ deklaracji pisał: „Uprowadzanie samolotów i sabotaż składają się na taktykę stosowaną przez Palestyńczyków, a mimo to światowe organizacje udzielają im poparcia. Skoro zatem przemoc przynosi wyniki, dlaczego nie mielibyśmy postępować tak samo? Świat wierzy gwałtom”.
Chłopiec kontra potwór
Wszystkie te śmiałe deklaracje są wyrazem zniechęcenia i zniecierpliwienia bezskutecznością polityki non-violence. Odrzucające przemoc postawy Tybetańczyków są, zdaniem organizacji opozycyjnych, odczytywane przez stronę chińską jako przejaw słabości. Z drugiej strony zwolennicy KMT wydają się nie być świadomi, że cała sympatia świata zewnętrznego dla ich sprawy wynika właśnie stąd, że budowany przez dalajlamę od ponad czterdziestu lat wizerunek pokojowo nastawionego Tybetańczyka, nie czującego do swojego wroga nic poza współczuciem, przysparza im poparcia ze strony wszystkich tych osób, które mają wątpliwości co do Czeczenii, Timoru Wschodniego czy Palestyńczyków.
„Nie możemy ciągle oglądać się na świat zewnętrzny – ripostuje wiceprezydent KMT, Tenzin Sampel – sami musimy i możemy sobie pomóc” . Sympatia opinii publicznej jest miła, ale nie przekłada się na realne wsparcie na płaszczyźnie politycznej i jak dotąd nie zaowocowała żadnymi zmianami w sytuacji Tybetu. Dlatego wielu młodych Tybetańczyków rozważa możliwość zastosowania bardziej radykalnych metod. Jakie ma szanse niespełna 6-milionowy naród bez państwa w konfrontacji z miliardową potęgą militarną i ekonomiczną, jaką są Chiny? Tybetański nauczyciel języka angielskiego odpowiada historyjką: „Pewnego razu wiosce zagroził wielki potwór. Nikt nie był na tyle odważny, by stawić mu czoła. Jedynie mały chłopczyk postanowił stanąć do walki z agresorem. Ludzie byli zaskoczeni. – Jak zamierzasz go pokonać? On jest taaaki wielki – pytali. – No właśnie – odpowiedział chłopiec – dlatego trudno chybić celu”.
Tybet indyjskim asem
Radykalne postawy KMT i podobnych mu organizacji mogą naruszać pozytywne relacje pomiędzy uchodźcami tybetańskimi a krajem, który ich gości. Pikiety i demonstracje towarzyszą prawie każdej wizycie chińskich dygnitarzy w Indiach, a ich finałem są nierzadko przepychanki z hinduską policją. Dlatego Indie, które oficjalnie w ogóle nie udzielają politycznego poparcia rządowi tybetańskiemu, obawiają się terrorystycznych deklaracji młodych aktywistów – jako zagrożenia dla sytuacji wewnętrznej kraju i prowokacji w kierunku potężnego sąsiada. Tenzin Sampel jest jednak innego zdania: „Jesteśmy asem w rękawie indyjskiego rządu – ChRL musi mieć się na baczności, gdyż Indie dysponują tybetańskim potencjałem w postaci największej liczby naszych uchodźców”. Wielu Tybetańczyków służy w armii indyjskiej – w specjalnie dla nich stworzonym oddziale. De facto Indie wydają więcej pieniędzy na obronę swojej granicy z ChRL niż na zabezpieczanie granicy z Pakistanem.
Jednakże, jak na razie, Kongres na deklaracjach poprzestaje. Na VII Zgromadzeniu Ogólnym KMT zorganizowanym w Dharamsali we wrześniu 1989 roku zdecydowano nie odwoływać się do przemocy i walki zbrojnej przeciwko chińskiej obecności w Tybecie. Tenzin Sampel podkreśla jednak, że stosowanie siły zostało zawieszone, ale dopóty, dopóki żyje XIV Dalajlama.
Zadymy
W praktyce do najczęstszych form aktywności politycznej Kongresu i Przyjaciół Tybetu (Indie) należą marsze, demonstracje i pikiety, ale, co zostało podkreślone w materiałach informacyjnych KMT, pokojowe. Nierzadko prowadzą one do zadym, do których zresztą zachęca sam Dziamjang Norbu – współzałożyciel KMT i Instytutu Amnye Machen – organizacji zrzeszającej intelektualistów tybetańskich: „Witajcie Jianga [były premier ChRL] wszędzie tam, gdzie się pojawi. Niech wasze okrzyki rozdzierają uszy, niech wypełniają się ulice, latają zgniłe pomidory, policjanci napierają w oparach gazu łzawiącego”.
Tenzin Cunde – sekretarz generalny Przyjaciół Tybetu (Indie) – uważa, że więzienie jest interesującym doświadczeniem i szczerze poleca je dla osobistego rozwoju jednostki: „Byłem w pięciu różnych więzieniach. Jest kwestią honoru dostanie wyroku, jakkolwiek małego, za działanie na rzecz tak szlachetnego celu, jakim jest walka o wolność”. Najpopularniejszym wśród Tybetańczyków więzieniem, do którego trafiają zatrzymani po „pokojowych” demonstracjach w Delhi, jest Tihar. Serwowany tam dal z roti (tradycyjny indyjski posiłek z soczewicy z mącznymi plackami) stał się hitem wśród tybetańskiej młodzieży.
KMT wciąż ma sprawę w sądzie po tym, jak jedenastu członków jego regionalnego oddziału z południa Indii rzuciło bomby z benzyną na ambasadę chińską w Delhi ponad dziesięć lat temu. „Wciąż wierzymy, że czasami reguły muszą być łamane i kontynuujemy naszą walkę o Tybet, narażając karki i życie” – deklaruje Tenzin Cunde. „Tylko agresywne kampanie mogą być inspirujące dla Tybetańczyków żyjących w Tybecie”.
Zresztą nawet akcje o charakterze z założenia niepolitycznym przeprowadzane przez organizacje z opcji tzw. konserwatywnej, jak Stowarzyszenie Kobiet Tybetańskich, przekształcają się w manifestacje tybetańskiej tożsamości narodowej. Towarzyszą im okrzyki „Czego się domagamy? – Chcemy sprawiedliwości!”, „Dość spania – obudźcie się!”, powiewające flagi Tybetu niesione przez mnichów i mniszki, pięści uniesione w górę. Uczestniczą w nich nie tylko „młodzi gniewni”, ale też osoby często w bardzo podeszłym wieku.
Autoprzemoc
Jak dotąd jedyne akty przemocy przeciwko ludzkiemu życiu, do których posunął się KMT, były skierowane w samych jego członków. Kongres zorganizował, poza mniejszymi, cztery spektakularne strajki głodowe: pierwszy w 1977 roku, następny, 11-dniowy, w roku 1988, trzeci w roku 1998 – przeprowadzony przed biurem przedstawiciela Narodów Zjednoczonych w Delhi i ostatni – zakończony 3 maja 2004 roku, kiedy to trójka Tybetańczyków (w tym jedna kobieta) odmawiało przyjmowania pokarmów przez 32 dni, protestując przed siedzibą Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Nawet uważane za stosunkowo konserwatywne Stowarzyszenie Kobiet Tybetańskich zorganizowało 24-godzinne głodówki jako wyraz poparcia dla strajkujących rodaków w Stanach Zjednoczonych. We wszystkich tych przypadkach celem było zwrócenie uwagi opinii światowej na cierpienia Tybetańczyków i wyrażenie solidarności z rodakami poddawanymi represjom w Tybecie, „nie tylko przez puste słowa i kwieciste przemowy”.
Strajki były organizowane mimo wyraźnego sprzeciwu ze strony Dalajlamy, który twierdzi, że „odbieranie życia (głodówki prowadzono pod hasłem „Aż do śmierci”) jest zawsze niedopuszczalne, nawet jeśli dotyczy własnego życia”. Protest z roku 1998 należał do najtragiczniejszych: sześcioro wolontariuszy z KMT głodowało od 10 marca (rocznica wybuchu powstania w Lhasie) do 27 kwietnia. Interweniowało wiele osobistości, między innymi ówczesny szef dyplomacji polskiej, Bronisław Geremek, który pisał do protestujących Tybetańczyków: „W imieniu mego rządu i wszystkich Polaków proszę Was o przerwanie protestu, zanim będzie za późno. […]Drodzy Przyjaciele, przyjmijcie, proszę, te słowa solidarności z Wami i Waszymi ideami. Błagam, nie narażajcie dłużej życia. Jeszcze raz zapewniam, że osiągnęliście już swój szlachetny cel”. Kiedy policja indyjska próbowała siłą przerwać protest, jeden z jego uczestników – Tupten Ngodup – podpalił się. Ciężko poparzony zmarł w szpitalu. Głodujący mieli wówczas ze sobą, jako źródło inspiracji, portret Gandhiego – symbol walki non – violence.
Dalajlama jest święty – my nie
Bardzo niejednoznaczny jest stosunek KMT do osoby Dalajlamy. Oficjalnie nazywają go „Duchowym i Świeckim Przywódcą Tybetu” i oświadczają, że działają pod jego przewodnictwem, podczas gdy pojedynczy członkowie, w tym liderzy ruchu, publicznie krytykują poczynania Tenzina Gjaco; jedni bardzo bezkompromisowo i radykalnie, inni – asekuracyjnie.
Przede wszystkim członkowie Kongresu walczą z wizerunkiem Dalajlamy jako Boga – większość Tybetańczyków widzi w nim nieomylnego Buddę, który zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, przez co wszystkie jego decyzje przyjmują bezkrytycznie i bezapelacyjnie jako jedyne słuszne (zresztą sam Dalajlama walczy z takim postrzeganiem jego osoby). KMT mówi, że „jego obowiązkiem jest powiedzieć głośno, gdy Dalajlama się myli”. Niektórzy uważają, że propozycja ze Strasburga mówiąca o autonomii została stworzona przez Tenzina Gjaco pod wpływem zagranicznych doradców, którzy w ten sposób chcieli załagodzić władze chińskie i sprowadzili Dalajlamę na błędną drogę kompromisu (czasami nazywaną wręcz zdradą). Taszi Namgjal o autonomii zaproponowanej przez tybetańskiego lidera mówił wręcz: „Propozycja Dalajlamy jest zła. Twierdzi, że jest Buddą Współczującym. Ja nim nie jestem […]. Nie możemy powiedzieć skoro Dalajlama nie odczuwa nienawiści do Chińczyków, my także jej nie czujemy. Nie. Przeciwnie. Nienawidzimy ich, ponieważ są powodem wszystkich naszych dramatów”.
Dalajlama jest również oskarżany przez KMT o tworzenie fałszywego wizerunku narodu tybetańskiego na świecie: „Kiedy dalajlama podróżuje za granicę, wszyscy postrzegają go tak słodkim, tak współczującym. Kochają jego przesłanie ahimsy i empatię dla wroga. Tak absolutna koncepcja jest dla świętych, a my nie mamy takich wielu. To jest zwodniczy obraz tego, jacy Tybetańczycy są naprawdę” – twierdzi Lasang Cering.
Z pewnością członkowie i zwolennicy KMT, jako Tybetańczycy, szanują swojego przywódcę i rzadko wypowiadają głośno słowa krytyki w jego kierunku, ale są też tacy, którzy uważają, że jest on ponad emocjami i pragnieniami zwykłych ludzi i przez to nie mówi ich głosem. Obecny wiceprezydent Kongresu twierdzi natomiast, że tybetański przywódca jest zobligowany do prowadzenia pokojowej polityki przez fakt bycia mnichem, ale w duchu popiera działania KMT.
Według Tenzina Cunde osoba dalajlamy poniekąd przesłania problem tybetański: „Rzecz w tym, że sprawa Tybetu wciąż nie jest kwestią międzynarodową. Owszem, dalajlama jest ale Tybet nie. Jego Świątobliwość jest zapraszany do wielu państw, ale jako lider religijny, nie polityczny. Spotyka się z przywódcami świata, ale zawsze „. Tak więc popularność dalajlamy niekoniecznie przekłada się na poparcie dla sprawy tybetańskiej.
Fistaszkowa naiwność
Tybetański rząd emigracyjny z kolei jest krytykowany otwarcie i bez skrupułów. Zarzuca mu się bierność, ugodowość, bojaźń, czy wręcz służebność wobec Chińczyków, a przede wszystkim – nieskuteczność. Młodzi Tybetańczycy, wychowani w wolności słowa, nie szczędzą swojej władzy gorzkiej krytyki. Są zniecierpliwieni niezmiennością sytuacji – rząd tybetański wprawdzie całkiem nieźle radzi sobie w kwestiach ekonomicznych i społecznych, a stworzone przez niego struktury państwa na uchodźstwie są wręcz wzorcowe, ale politycznie przez ponad 40 lat niewiele osiągnął: świat lubi Tybetańczyków, ale nie aż tak bardzo, żeby zadzierać z ChRL, Chińczyków natomiast wcale nie wprawiają w zachwyt kompromisowe propozycje strony tybetańskiej.
Tybetańscy politycy są krytykowani przez KMT za swoją naiwność, gdyż „każdy w miarę inteligentny człowiek zdaje sobie przecież sprawę, że Chiny nie mają najmniejszego zamiaru układać się z dalajlamą ani z innymi przedstawicielami rządu emigracyjnego”, a wszelkie zaproszenia wystosowywane przez ChRL mają na celu, zdaniem Dziamjanga Norbu, jedynie mydlenie oczu, a „dziś Pekin musi tylko pstryknąć palcami, a brat dalajlamy i inni wysłannicy natychmiast przebierają nóżkami, nie zadając żadnych pytań”.
Tenże Dziamjang Norbu, jako parabolę ilustrującą niezdolność tybetańskich przywódców do wyciągania wniosków z dotychczasowych doświadczeń z chińską polityką, przytacza historyjkę z komiksu Charlesa Schulza o Fistaszkach: Lucy stara się przekonać Charliego Browna do wzięcia rozbiegu i kopnięcia piłki (takiej z amerykańskiego futbolu), którą, niczym profesjonalni gracze, stawia dlań na ziemi i utrzymuje w odpowiedniej pozycji paluszkiem. Charlie Brown walczy ze zrozumiałą podejrzliwością, gdyż dawał się już na to nabrać setki razy, a Lucy zawsze w ostatniej chwili zabierała piłkę. Lucy jest jednak uparta i powoli rozwiewa wątpliwości Charliego. W rękawie trzyma asa, rozstrzygający argument: „Spójrz mi w oczy, Charlie. Czy te oczy mogą kłamać?”. I w końcu stary, dobry Charlie Brown zgadza się. Pędzi ze wszystkich sił – z kącika ust wystaje mu koniuszek języka – i składa się do potężnego wykopu. Lucy, ma się rozumieć, w ostatniej chwili zabiera piłkę, a Charlie fika koziołka i ląduje na plecach. Na ostatnim obrazku Lucy pochyla się nad półprzytomnym Charlie'm i pyta: „Czyż zaufanie nie jest czymś naprawdę cudownym?”.
Zdaniem sekretarza generalnego Przyjaciół Tybetu (Indie) polityka „drogi środka” realizowana przez rząd tybetański, choć z filozoficznego punktu widzenia szlachetna, jest całkowicie niepraktyczna w relacjach z ChRL. Sprowadza się do schematu: „Zwykli Tybetańczycy czekają na posunięcia swojego rządu na uchodźstwie; rząd ów czeka na poczynania delegacji tybetańskiej; delegacja z kolei czeka na gest ze strony chińskiej. Klucz jest w Pekinie, nie w Dharamsali”.
Praca u podstaw
Poza głoszeniem kontrowersyjnych poglądów i wysuwaniem radykalnych postulatów, KMT prowadzi jednak normalną, często pozapolityczną działalność, tworząc brygady robocze do budowy toalet publicznych i dróg, prowadząc programy edukacji zdrowotnej, organizując kampanie oddawania krwi czy angażując się w szkolnictwo dla dorosłych uchodźców. Za aktywność na polu ochrony środowiska naturalnego Kongres został nagrodzony w roku 1998 przez szwedzką Partię Zielonych.
KMT posiada obecnie aż 77 regionalnych oddziałów działających w Indiach, Nepalu, Bhutanie, Japonii, Francji, Norwegii, Szwajcarii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii. Organizacja prowadzi sklep i dzierżawi niewielką restaurację w Dharamsali, z których dochody zasilają jej budżet. Część pieniędzy potrzebnych na funkcjonowanie ruch uzyskuje ze składek członkowskich, większość – z dotacji. KMT wydaje również periodyk „Rangzen” w języku tybetańskim i angielskim, w którym gros informacji dotyczy spraw wewnątrz samego Tybetu. Działacze Przyjaciół Tybetu (Indie) ze swoimi programami docierają do najbardziej odległych obozów uchodźców, które z rzadka mają okazję oglądać przedstawicieli rządu.
Tybetańczycy są zmęczeni
Jeden z czterech głównych celów KMT brzmi: „promować i chronić jedność i integrację narodową”. KMT postrzega siebie jako instrument realizacji pragnień i życzeń narodu tybetańskiego i twierdzi, że uzyskuje poparcie wszystkich Tybetańczyków – młodych i starych, mężczyzn i kobiet, świeckich i duchownych. Taszi Namgjal nie ma wątpliwości, że działalność Kongresu poopiera 90 proc. Tybetańczyków. Dziwi ta pewność siebie, zważywszy, że postulaty ruchu stoją w sprzeczności z polityką dalajlamy, którego krytyki dopuszcza się bardzo niewielu uchodźców, a tym bardziej Tybetańczyków żyjących na Płaskowyżu. Niewątpliwie Kongres spełnia swoją rolę, stanowiąc przeciwwagę dla oficjalnej polityki rządu, ale raczej nie wpływa to pozytywnie na jedność narodową.
Jak dotychczas jednak członkowie i zwolennicy Kongresu oraz innych podobnych mu organizacji reprezentują postawy opozycyjne wobec oficjalnej polityki tybetańskiego rządu emigracyjnego jedynie na poziomie deklaratywnym. Na jak długo wystarczy im cierpliwości? Co stanie się z jednością narodu tybetańskiego, gdy zabraknie tak olbrzymiego autorytetu, jakim jest XIV Dalajlama Tenzin Gjaco? Już nawet parlament na uchodźstwie wydaje się być zniecierpliwiony – przyjął rezolucję, w której „daje czas” władzom ChRL na podjęcie negocjacji ze stroną tybetańską do marca 2005 roku – w przeciwnym razie rozważy zmianę dotychczasowej polityki.
Młodzi Tybetańczycy są coraz mniej zainteresowani tradycyjnymi formami domagania się swoich praw. Żądają zmian, kreatywności, dynamizmu w ruch wolnościowym. Chcą efektów.
Tenzin Cunde mówi: „Modlę się, żeby miłość do Tybetu dała Wam mądrość potrzebną, by zrozumieć i podjąć własną decyzję, by za nią stanąć i działać. Nonkonformiści są postrzegani jako rywale dla stanowiska rządowego. Zapomina się jednak o jednym: nieważne, jaką postawę polityczną się wybiera, jeżeli czyni się to szczerze dla dobra Tybetu. Każdy ma do tego prawo”. I dodaje w wierszu:
Kochać Indie kochać Tybet
Jestem zmęczony
Jestem zmęczony tym rytuałem 10 marca
Pokrzykiwaniem ze stoków Dharamsali
Jestem zmęczony
Jestem zmęczony sprzedawaniem swetrów na poboczu
Czterdziestoma latami siedzenia i czekania
W pyle i plwocinach
Jestem zmęczony
Ryżem z dalem
I pasieniem krów w dżunglach Karnataki
Jestem zmęczony
Wleczeniem lungi
Przez tumany kurzu Manjuka-Tili
Jestem zmęczony
Jestem zmęczony walką o kraj
Którego nigdy nie widziałem
Tenzin Cunde „Jestem zmęczony”, tłum. Adam Kozieł
Objaśnienia:
10 marzec – rocznica powstania w Lhasie w 1959 obchodzona co roku przez uchodźców tybetańskich
dal – tradycyjny posiłek indyjski (rodzaj sosu z soczewicy)
Karnataka – stan w południowych Indiach; tu znajdują się największe obozy uchodźców tybetańskich, żyjących z rolnictwa i hodowli
lungi – szeroki pas materiału noszony na biodrach przez Hindusów
Manjuka-Tila – dzielnica tybetańska w Delhi
Natalia Bloch naukowo zajmuje się tybetańskim ruchem emigracyjnym, za artykuł „Nie jesteśmy Buddami Tybetański ruch wolnościowy na uchodźstwie” (z nominacji Zarządu PSPT) otrzymała Nagrodę Dziennikarską Amnesty International za najlepszy tekst poświęcony prawom człowieka. Artykuł ukazał się w kwartalniku Puls Świata nr 8 lipiec-wrzesień 2004 www.puls-swiata.subnet.pl
